DŹWIĘKIEM I OBRAZEM: SANDMAN (2022, Netflix)

Mój Facebook podzielił się na dwa obozy: jeden pisze o OFF Festiwal, a drugi o Netflixowej adaptacji serii komiksów Sandman. Cóż, na OFF-ie nie byłam, Sandmana obejrzałam, to chyba jasno określa moją tymczasową plemienną przynależność 🙂 Wprawdzie nie planowałam potwierdzać jej pisaniem recenzji… I nadal nie chcę pisać recenzji, bo zrobią to za mnie lepiej inni… Ale im dłużej myślę o moich wrażeniach z seansu, tym bardziej mam ochotę podzielić się luźnymi refleksjami na temat warstwy dźwiękowo-muzycznej.

Ale zanim przejdziemy do tej warstwy, króciutko powiem o swoich absolutnie subiektywnych odczuciach. Komiks Sandman jest dla mnie pozycją superważną. Uwielbiam go i uważam za najlepszą rzecz, którą Gaiman zrobił w życiu. Wybacz, Neil, ja wiem, że od tego czasu zrobiłeś milion innych super rzeczy i pewnie cię takie głosy wkurzają, ale wiesz, jak to jest. Tak to bywa, że czasem jakieś konkretne COŚ pozostaje w subiektywnych umysłach nie do przebicia. Jak można się zatem domyślić, na adaptację NF czekałam z lekkim poczuciem odrętwiałego przerażenia: chciałam, żeby było dobre, i byłam niemal pewna, że będzie nieoglądalne.

Na szczęście serial jest oglądalny, a nawet i więcej. Netflixowy Sandman jest ładny wizualnie i ma świetną obsadę, która „sprzedaje” całą opowieść. Nie wywrócił mojego świata do góry nogami, ale i tak było miło jeszcze raz zanurzyć się w tę historię – niemal identyczną z wersją komiksową… minus jakieś nieważne detale typu płcie, rasy i czas akcji. Taki żarcik. Oczywiście to są ważne kwestie, reprezentacja się liczy i tak dalej, ale chodzi mi o to, że żadna ze zmian nie zmienia serca tak naprawdę historii i niczego nie psuje. W czasie seansu były emocje, było parę „wow” i bardzo dużo przyjemności.

A mimo to mam poczucie, że kurczę… Mogłoby być lepiej. Ma ono swoje źródło właśnie w kwestiach dźwiękowych, a konkretnie w muzyce.

Kompozytor soundtracku, David Buckley, ma sporo doświadczenia branżowego, zarówno w filmach jak i w serialach. Co ciekawe, całkiem spora część tego doświadczenia odbywała się… pod skrzydłami kogoś innego. Mówię tu o sytuacjach, w których w napisach filmu czytamy „ścieżka dźwiękowa autorstwa X”, ale tak naprawdę całkiem sporo utworów skomponował ktoś inny. Buckley w ten sposób „współpracował” z Dannym Elfmanem, przy „Wielkich oczach” Tima Burtona i serii filmów 50 twarzy Greya, oraz z braćmi Gregson-Williams. (Dygresja: mit hollywoodzkich geniuszy muzycznych rozpada się coraz bardziej…).

Ślady ghost-komponowania dla Elfmana są w Sandmanie dość wyraźne: różnego rodzaju ozdobniki i instrumenty dzwoniące, chóry, połączone z symfonicznymi motywami i tłem. W wydaniu Buckleya brzmi to jednak mniej zadziornie, a bardziej familijnie… Powiedziałabym, że miejscami wręcz jak Harry Potter. Jak się domyślam, ma to tworzyć nastrój wielkiej fantazji, przekraczania granic wyobraźni i ogólnego „wooow, jestem w innym świecie, super!”. I jeśli ktoś tak odbiera tę muzykę, no to super! Nie zamierzam wam tego odbierać, zwłaszcza, że samym kompozycjom niczego zarzucić nie można. Ale no cóż, moje reakcje były inne. Przychodziły mi raczej do głowy takie słowa jak „przewidywalne”, „bezpieczne”, a wręcz „zachowawcze”. W jednym wręcz momencie muzyka zepsuła mi scenę, odebrałam ją bowiem jako zupełnie niepasującą do nastroju.

UWAGA, SPOILER.

No przepraszam, ale śmierć Gregory’ego miała łamać serca publiczności, prawda? To naprawdę była sytuacja rodem z greckiej tragedii, bardzo nie w porządku dla wszystkich zaangażowanych, łzy same się cisną do oczu. Ale jak w kulminacyjnej scenie nagle usłyszałam elfmanowo-harrypotterowe pitu pitu, to cały nastrój mi skisł. To nie był moment na zachwyt, ani na świat fantazji! To powinien być moment żałoby, a może nawet i grozy! Aaaa!

KONIEC SPOILERA.

To nie jest tak, że cały soundtrack jest absolutnie nieciekawy. Słuchając oficjalnej płyty ze ścieżką dźwiękową wychwyciłam parę naprawdę interesujących momentów. Na przykład motyw Pożądania wyraźnie powstał dzięki inspiracji SOPHIE i podobnych jej hyperpopowo-glitchartowo-elektronicznych artystów. Te zmodulowane wokalizy, syntezatory… Swoją drogą ten typ muzyki tak się zlał w mojej głowie z queerowymi artystami, że jak tylko go usłyszałam na Spotify, pomyślałam „aha, Pożądanie ma płynną płciowość, to na pewno jego motyw!” i cóż, miałam rację. „God Tells Me To Do It” to w sumie niezły bangier, taki cichy, lofihiphopowy, ale z nutką mroku… Billie Eilish lubi to. Fajne motywy zaplątały się też w „The Oldest Game”, muzyczną ilustrację do walki Morfeusza z Lucyferem. Ale, co ciekawe, w ogóle nie zapamiętałam ich z samego seansu serialu. Nie wiem, czy chodzi o poziomy głośności – wszystkie te utwory są stosunkowo ciche, zwłaszcza w porównaniu do orkiestralnych kompozycji – czy o to, że dialogi i warstwa wizualna wyszły na pierwszy plan… Ale no. Coś w tym doświadczeniu muzyczno-serialowym nie pykło i te ciekawsze momenty soundtracku rozpłynęły się w całości jak łzy w deszczu. A to, co się nie rozpłynęło, to była familijna fantasy-symfonia.

Powtarzam: jak ktoś tak lubi, to super! Po prostu to zupełnie nie są moje klimaty.

Ale żeby nie było, że tylko się tutaj wyżywam na muzyce: w serialu jest jeszcze jedno wyzwanie dźwiękowe, które akurat twórcy pokonali z palcem w bucie. Przed premierą byłam bardzo ciekawa, jak zostanie przedstawiony głos Morfeusza, który w komiksie ma bardzo specyficzną reprezentację wizualną. Mianowicie, jego kwestie zawsze umieszczane są w czarnych dymkach o specyficznym, kleksowatym kształcie. Robi to takie wrażenie, jakby słowa Władcy Snów były stworzone z ciemności – cokolwiek to może znaczyć w praktyce. No ale właśnie to jest w komiksach fajne, że można sobie tego typu detale odtworzyć w głowie. A jak to osiągnąć w serialu? Nałożyć efekty, czy po prostu kazać aktorowi grać barwą głosu? Bałam się, że którąkolwiek drogą twórcy nie pójdą, wypadnie to sztucznie… Ale na szczęście Tom Sturridge podołał zadaniu! Wydaje mi się, że absolutnie nieludzki głos Morfeusza to jest jego zasługa, przynajmniej ja nie zauważyłam żadnych śladów cyfrowej modulacji. Tym większy mam szacunek dla aktora, bo w wywiadach w ogóle nie brzmi jak noc tylko jak sympatyczny ziomek z Anglii 😀 W każdym razie Morfeusz brzmi jak czarne dymki, i niewiele więcej mi potrzeba do szczęścia. No, może nieco lepszej muzyki… I dobrego castingu dla Delirium! Najmłodsza nieskończona mówi dymkami tęczowymi z pokrzywionymi, chaotycznymi literami… Ciekawe, czy to też uda się oddać. Oby.

PS. Jeśli myślicie sobie teraz „o rany, ona tak marudzi na tę muzykę, a co, zrobiłaby lepiej?”, to cóż, pewnie nie zrobiłabym lepiej… Ale mam całą listę wykonawców, którzy mogliby się w tym sprawdzi i stworzyć co najmniej trzy różne nastroje muzyczne! Każdy z nich by moim zdaniem pasował lepiej niż ten „świat fantazji i wyobraźni”. Chciałam je nawet spisać tutaj, ale ten tekst i tak jest dość długi, więc… Dajcie znać, czy was to ciekawi, czy też niekoniecznie 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s