DŹWIĘKIEM I OBRAZEM: LITTLE SHOP OF HORRORS (WARSZAWA, 2.04.2022)

Nie sądziłam, że kiedyś tu napiszę recenzję scenicznego musicalu… Prawdę mówiąc, nie jest to mój ulubiony gatunek rozrywki. Bardzo podoba mi się jego koncepcja, realizacja w praktyce… zwykle mniej. Nie jest to niczyja wina, raczej chodzi o rozbieżność estetyk między mną a musicalowymi twórcami. No, chyba że chodzi o horrory. Jakoś horror i musical się dobrze ze sobą łączą, przynajmniej dla mnie. Dlatego jak zobaczyłam, że Little Shop of Horrors jest grane na żywo w Warszawie i na dodatek bilety nie kosztują fortuny, nie wahałam się ani chwili. Oto nadszedł czas na nadrobienie klasyki. Nie żałuję, było super.

Zanim przejdę do opisu swoich wrażeń, chciałam jednak wspomnieć o końcówce wczorajszego spektaklu. Trochę tak dziwnie, zaczynać od końca, ale to ważne. Nie codziennie bowiem musical kończy się przemową… W której, poza pochwaleniem zaangażowania zespołu, przemawiający – jest mi tak głupio, że nie zapamiętam, kto to dokładnie był, ale jakoś wzięło mnie to wszystko z zaskoczenia – powiedział o wolontariacie jednego z muzyków, Stanisława Łopuszyńskiego, w Ukrainie i zapowiedział, że dochód ze sprzedaży programów zostanie przeznaczony na paliwo do Charkowa. Oczywiście, po czymś takim trzeba było kupić ten program! Ale ma to też inny wymiar – ta przemowa złamała dekorum popkultury jako bezpiecznego schronienia przed złem świata[1]. I zrobiła to w najlepszy możliwy sposób: z taktem, wytwarzając poczucie wspólnoty między publicznością a muzykiem, a równocześnie pokazując, że tak, nawet groteskowe musicale o krwiożerczych roślinach z kosmosu mają swoje ważne miejsce w świecie i są czymś jeszcze oprócz rozrywki. Gdyby tak nie było, to pewnie nie byłoby żadnych przemów, o tym, jak pan Stanisław jechał z Charkowa, żeby zdążyć na próbę musicalu. Nie wiem. Jakoś po prostu umocniło to we mnie te resztki wiary w świat, sens i sztukę. Duże słowa, może i pretensjonalne, ale chyba przeszłam poza granicę, gdzie mnie to obchodzi.

[1] Ostatnio natknęłam się na takie opinie u kilku osób, że tak powiem, opiniotwórczych, i od tego czasu mój mózg zużywa dużo procesora w tle próbując zwerbalizować, czemu się z tym nie zgadza. Nie, że uważam takie podejście za błędne, tu chyba nie ma poprawnych/błędnych opcji, ale… po prostu mam inaczej. Jak już ten proces w tle się zakończy, to go spróbuję zwerbalizować tutaj.

A teraz przejdźmy do przyjemniejszych tematów, czyli do samego musicalu. Teatr muzyczny to sprawa dość złożona, pozwólcie więc, że rozłożę opis swoich wrażeń na pięć punktów.

1. FABUŁA. Jak dla mnie, sam koncept musicalu[2] jest absurdalnie cudowny. Muchołówka, która pojawia się na straganie chińskiego sprzedawcy w czasie zaćmienia słońca wcale nie jest podejrzana. Główny bohater, Seymour, zabiera ją do kwiaciarni, w której pracuje. Przypadkiem odkrywa, że roślinka chce krwi. Wcale nie podejrzane. Przypadkiem nagle wszyscy zaczynają odwiedzać kwiaciarnię w slumsach i zachwycać się brzydką muchołówką. Ani trochę nie jest to podejrzane, prawda? A gdy roślina się rozrasta i zaczyna żądać… jedzenia… czy ktoś się tego spodziewał? W ogóle! Oczywiście to wszystko mówię z przekąsem.

[2] Musical z 1982 roku to adaptacja filmu Rogera Cormana z lat 60. Ale niezbyt wierna, Howard Ashman wprowadził sporo zmian i dodał własnego smaczku do produkcji.

Jak się można po tym opisie spodziewać, LSoH nie jest bardzo poważnym dziełem, ale za to jest mega dziwaczne, botaniczne i krwawe. Ja tam lubię takie klimaty. Choć, prawdę mówiąc, na scenie krwi nie było bardzo widać, ale rozumiem, że sztuczna krew jest męcząca do sprzątania. A do tego w fabule pojawia się jeszcze romans, dentysta-sadysta i (prawdopodobnie) krytyka kapitalizmu. Więcej nie zdradzę, bo po co mam wam psuć całą zabawę.

2. KOMPOZYCJE. O rany, co ja tu mogę powiedzieć, Alan Menken (który później napisał m. in. muzykę do Disneyowskiej Małej Syrenki, Pocahontas i Herculesa) zdobył osiem Oscarów. Nie wiem, czy da się z tym jakoś polemizować. Co mogę powiedzieć? Muzyka z LSoH mocno opiera się na brzmieniach typowo amerykańskich: girls bandy, wczesny rock’n’roll, „sixtiesowe” odmiany rhythm and bluesa… Wytwarza to pewną manierę, która nie każdemu się spodoba, bo nie każdy lubi przelewające się U-S-and-A z każdej nutki. Ale jak się to przyjmie za dobrą monetę, to oczywiście buja, choć niektóre utwory są tak strasznie słodkie i rzewne („Somewhere That’s Green”/ „Gdzieś pośród drzew”)… Jak można się domyśleć, nie każdy utwór podoba mi się tak samo 😉 Im więcej horroru i dziwności, tym lepiej [3]. Najbardziej chyba lubię klimacik „Feed Me”/ „Karm mnie”, ale np. takie „Dentist!”/ „Zostań dentystą” zupełnie rozbroiło mnie swoim konceptem.

[3] Aczkolwiek można uznać za trochę niepokojące, że ta dziwność i horror dość mocno łączą się z, hmm, czarnymi inspiracjami muzycznymi. Więcej na ten temat przeczytacie w artykule Marca Jensena “Feed Me!”: Power Struggles and the Portrayal of Race in Little Shop of Horrors (link: klik!).

3. TŁUMACZENIE. Antoniusz Dietzius i Paulina Skowrońska mieli naprawdę niełatwe zadanie! Z doświadczenia powiem: nawet tłumaczenie do napisów, które wcale nie musi się rymować ani nadawać się do śpiewania (chociaż byłoby miło, jakby spełniało te warunki) rozwala mi mózg na parę dni. A co dopiero takie, które musi być śpiewalne… i to polsku, z naszymi wszystkimi sz-cz-rz-ch i dużo większą liczbą sylab, niż to przewidują anglojęzyczni kompozytorzy i piosenko-pisarze. Bądźmy szczerzy: bez kompromisów się tu nie obędzie. Tłumacze LSoH też ich nie uniknęli. W niektórych momentach musieli postawić na dość swobodny przekład, ale prawdę mówiąc, odkryłam to dopiero słuchając później oryginału w dom. To akurat bardzo dobrze świadczy o tłumaczeniu, skoro nie domyśliłam się wszystkich „szyć” od razy. W trakcie spektaklu złapałam się natomiast na myśli, że parę razy linijki chyba… nie do końca mają sens. Ale nie piszę tego jako zarzut, nie zrozumcie mnie źle! Po prostu było parę takich momentów, gdzie ewidentnie był wybór „to co, gramatyka, czy śpiewalność”? No i tłumacze wybrali śpiewalność, by aktorzy nie zakasłali się spółgłoskami i nadmiarowymi sylabami na śmierć. Nie mam pretensji, rozumiem tę decyzję artystyczną i mam nadzieję, że nie natrafię nigdzie na komentarze mądralińskich co na pewno zrobiliby przekład „lepiej”. Ale może fani musicali są pod tym względem bardziej ogarnięci niż klienci serwisów streamingowych… Okej, przepraszam, wylały się ze mnie frustracje zawodowe.

4. WYKONANIE. Tutaj przyznaję, że będę trochę pisać w duchu „nie znam się, ale się wypowiem”, bo nie pracowałam nigdy na scenie, ani nie jestem teatralną koneserką. Ale z mojego amatorskiego punktu widzenia wszystko mi się podobało 🙂 Dekoracje i scenografia naprawdę pozwalały wczuć się w klimat amerykańskich slumsów i zawiesić niewiarę. Jestem wielką fanką gabinetu dentystycznego, no i samej Audrey II. Kostiumy i charakteryzacja super, jestem wielką fanką przedstawienia „greckiego chórku” Ronette-Chiffon-Crystal jako wyszczekanych małolat rodem z Riverdale. W filmie tworzyły raczej girls group a la lata 60., ale nie wiem, czy nawiązywanie do ewidentnie czarnego stylu by wypaliło z białymi aktorkami. Tak, jak przedstawiono to w Warszawie, wyszło bardzo fajnie[4]. Zespół muzyczny spisał się na 110%, a jak ktoś zerknął na balkonik, na którym się znajdowali, na pewno dostrzegł, jak wiele frajdy im sprawiało granie tej szlagierowej muzyki. Sięgając do wymowności języka angielskiego: they were v i b i n g.

[4]LSoH w amerykańskim kontekście i wykonaniu ma zresztą pewien niuans, który, no… Można zinterpretować jako rasistowski. Chodzi mianowicie o Audrey II, mroczną niszczycielską siłę, obdarzoną wybitnie afroamerykańskim głosem. Dlaczego jest to problem? Odsyłam tu do artykułu Jensena, który wyjaśni to lepiej ode mnie. Paradoksalnie, te nie za ciekawe niuanse wydają się trochę znikać w warszawskiej adaptacji, która jest tworzona przez samych białych aktorów. Z jednej strony taka a nie inna obsada to mniejsza różnorodność, z drugiej… Jednak to pomaga, że Audrey II ma tutaj inny głos. Bo to nie chodzi tylko o kolor skóry czy barwę głosów aktorów z Proscenium, całość głosu Audrey II jest zaaranżowana inaczej i gra na nieco innych nutach. Brawa dla reżysera za wyczucie, co zachować, by uzyskać tę amerykańską atmosferę opowieści, a co zmienić, żeby nie powielać problematycznych manieryzmów, które w nieodpowiednim wykonaniu mogłyby wypaść bardzo źle.

Powinnam jeszcze omówić jedną rzecz w tej sekcji, ale hm, skupia ona na tyle dużo uwagi, że warto wspomnieć o niej osobno…

5. ŚPIEW/AKTORSTWO. Jak już wspomniałam wcześniej, musicalowe piosenki niekoniecznie należą do muzyki, którą puszczam sobie w domu. Nie mój klimat najczęściej (oczywiście są wyjątki). Do tego śpiew w musicalu jest nieco inaczej modulowany niż śpiew, powiedzmy, piosenkowy czy klasyczny, niekoniecznie w taki sposób, jaki lubię… ALE gdy siedzi się na widowni i ogląda spektakl na żywo, to o ile aktorzy mają charyzmę, takie marudzenie indywidualnego gustu przestaje mieć znaczenie. A obsada warszawskiego LSoH zdecydowanie ma charyzmę i sprawia, że po prostu wszystko się podoba. W domu dodatkowo doceniłam osoby aktorskie z Proscenium, bo przesłuchanie wersji angielskich pokazało mi musical w nieco innym świetle. Nie wiem, czy polska obsada jest lepsza od filmowej, londyńskiej, off-broadwayowskiej, ale zdecydowanie ma swój własny charakter. I to jest właśnie fajne! Powiedziałabym wręcz, że warszawski spektakl w paru miejscach wydawał mi się bardziej wyrazisty niż to, co sobie potem słuchałam na Spotify, ale to chyba magia występu na żywo tak mnie oczarowała. Na pewno jestem mega fanką rozwiązania, by Audrey II miała dwa głosy: basowe partie, wykonywane przez Jędrzeja Czerwonogrodzkiego, i kontratenorowy, groteskowy falset Wojciecha Bochry. Nagłe zmiany barwy i całkiem upiorne momenty, gdy roślina mówiła DWOMA GŁOSAMI NARAZ, zdecydowanie podkręcały groteskowość i dziwaczność horrorszoł 🙂 Zadziałało to lepiej niż jakikolwiek „kosmiczny” efekt wokalny, jaki by można nałożyć na mikrofon. W pamięci zapisał mi się też Mikołaj Kisiel jako sardoniczny dentysta-sadysta (teraz zawsze będę się zastanawiać, czy Orin Scrivello nie stanowił inspiracji dla Repo Mana) i Angelika Jasińska jako Ronette. No i oczywiście Seymour, którego w sobotę grał Mateusz Tomaszewski. I który akurat w sobotę miał urodziny. Sto lat i samych sukcesów!

I to już koniec moich nieprofesjonalnych wrażeń. (Tak naprawdę, to nie, ale nie będę wam nagrywać, jak śpiewam rano narzeczonemu „Karm mnie”, żeby mi zrobił śniadanie. Są pewne granice 😀 ) Jeśli te wszystkie rzeczy, o których rozpisałam się wyżej, brzmią dla was atrakcyjnie, to polecam śledzić Teatr Muzyczny Proscenium. O ile dobrze pamiętam, kolejne spektakle Little Shop of Horrors mają się odbyć w maju. Ja poważnie rozważam, czy nie pójść po raz drugi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s