Zielone Wzgórze czy Zielone Szczyty? O dwóch przekładach Anne of Green Gables

„Zabiłam Anię, zburzyłam Zielone Wzgórze i pozbawiłam je pokoiku na facjatce”. Tymi dość dramatycznymi słowy pani Anna Bańkowska opisuje we wstępie swoje tłumaczenie klasycznej powieści L. M. Montgomery, opatrzone zupełnie nowym tytułem Anne z Zielonych Szczytów. O co chodzi z Zielonymi Szczytami i dlaczego nie mogło zostać Wzgórze, które wszyscy znają i kochają?

O tym rozpisuje się naprawdę dużo osób, włącznie z samą tłumaczką we wstępie, więc tutaj zamieszczę tylko krótkie wyjaśnienie dla osób niezaznajomionych ze sprawą. Tłumaczenie Green Gables jako Zielone Wzgórze to pomysł pierwszej tłumaczki tej powieści, pani Rozalii Bernsteinowej, której przekład dwóch pierwszych tomów serii o Ani ukazał się w latach 1911/1912, zaledwie parę lat po premierze w Kanadzie. Jak twierdzą badacze tej powieści, zaczerpnęła to rozwiązanie ze szwedzkiego przekładu, który ukazał się wcześniej (źródło: Oczko, Nastulczyk, Powieśnik)… (Zresztą to w ogóle był przekład najprawdopodobniej „szyty” z różnych wersji językowych. Niekoniecznie jest to praktyka, którą byśmy stosowali dzisiaj, ale cóż, mimo to szanujmy pionierów.) Gable jednak nie jest żadnym wzgórzem, tylko szczytem domu. Ten architektoniczny termin może nie jest bardzo rozpowszechniony w potocznej polszczyźnie, ale doczekał się własnej strony na Wikipedii, więc… To nie jest tak, że wziął się w tłumaczeniu znikąd. Jak mówi p. Bańkowska, Montgomery była bardzo przywiązana do terminu gable i pokoiku Ani, który właśnie się w tej części gable znajdował, postanowiła więc zastosować dokładny termin i tym samym oddać jej hołd. Po więcej szczegółów odsyłam do wywiadów z p. Bańkowską, do których linki zamieszczę na końcu wpisu. A co do Anne kontra Ani, sprawa jest naprawdę prosta: po prostu wszystkie imiona przywrócono do wersji oryginalnej, zgodnie z obowiązującymi obecnie standardami.

Na zdjęciu mój egzemplarz Ani z Zielonego Wzgórza w przekładzie „klasycznym”

Nie dziwi mnie, że już przed premierą przekład ten stał się przedmiotem ożywionej dyskusji. Ostatecznie mamy tu do czynienia z ponad stuleciem przyzwyczajenia do pewnej wersji. Tłumaczeń Ani powstało 15, ale do tej pory żadne nie zakwestionowało Zielonych Wzgórz. Czujecie ten ciężar tradycji? Bo ja tak… Ale nawet biorąc pod uwagę tradycję i nawyki, poziom niektórych „debat” mnie zaskoczył. Choć może nie powinien… Dobra, nie wchodźmy w niemiłe tematy, bo po co. W każdym razie: jeśli ktoś interesuje się tematami okołotłumaczeniowymi i/lub lubi samą powieść o rudej Ani, to przez tę burzę w szklance wody na pewno już o tym tytule słyszał. Tak się składa, że ja znajduję się w obu tych grupach: po pierwsze jestem tłumaczką (stety-niestety audiowizualną, nie literacką, ale wciąż mam nieco doświadczenia w zmaganiu się z wizją artystyczną autorów), a po drugie Ania z Zielonego Wzgórza była pierwszą książką, jaką przeczytałam w życiu po elementarzu. Miałam wtedy 5 lat i cóż, to były wrażenia niezapomniane na całe życie.

Przez długi czas ta lektura była dla mnie tak ważnym wspomnieniem, że nie chciałam go podważać. Nie czytałam oryginału ani innych przekładów niż te, które dostałam jako dziecko, nie czytałam kontrowersyjnej części Blythes Are Quoted, która przez długi czas funkcjonowała w Polsce w obciętej wersji… Zresztą tyle jest innych rzeczy, którymi się można zająć, co nie? Jest sens czytać milion przekładów jednej rzeczy? Rozumiem więc niektóre fanki, które deklarują, że nie są nowym tłumaczeniem zainteresowane i nie krytykuję ich, naprawdę. Osobiście jednak poczułam jakiś czas temu, że coś się we mnie odmieniło w tej kwestii, więc sięgnęłam do oryginalnej Anne of Green Gables. Cóż, już wtedy poczułam, że okej, przekład p. Bernsteinowej jest kultowy, ale to nie znaczy, że jest najlepszy. W drugiej części tekstu pokażę to na przykładach, ale ogólnie wygląda to dla mnie tak, jakby pani Rozalia najbardziej zachwyciła się tym górnolotnym, kwiecistym stylem małej Ani i przeniosła go trochę na resztę narracji, nawet gdy oryginał nie był aż taki wzniosły. Oprócz ogólnego stylu widać to też w różnych drobiazgach: wyleciały na przykład wzmianki o „London street Arabs” i żarty z biednego Jerry’ego.

A teraz dorwałam w swoje rączki ten (nie)sławny, błyszczący nowością przekład p. Bańkowskiej, reklamowany jako „najwierniejszy”. I co my tu mamy? Faktycznie, przekład jest wierny… Co nie znaczy, że jest niewolnikiem oryginału. Są miejsca, gdzie p. Bańkowska zdecydowanie dołożyła coś od siebie, coś przestawiła dla lepszego efektu. Najbardziej to chyba widać w nazwach rozdziałów, które w zasadzie zostały napisane od nowa, ale i poniżej zamieszczę ze dwa przykłady na taką większą swobodę. To nie znaczy, że wydawnictwo czy tłumaczka kłamią; bardziej widzę to jako dowód na to, że trzy osoby mogą przeczytać tę samą książkę i zobaczyć w niej zupełnie coś innego, co należy oddać. Przekład p. Bańkowskiej stawia na kontrast rozsądnej i pragmatycznej Avonlea z odmiennością Anne – odmiennością, która w tym przekładzie zdaje się wynikać bardziej z jej emocjonalności niż wyszukanego słownictwa. Co nie znaczy, że tego słownictwa nie ma, padają różne „zaklinania”, „azaliż” i „po wieku wieków”, gdy trzeba. Po prostu nie dominują tekstu.

Montgomery Anne of Green Gables.jpg
Pierwsze wydanie kiedykolwiek, z 1908 roku. Źródło: Wikimedia Commons.

Tak autoetnograficznie wyznam wam, że czytając Anne z Zielonych Szczytów miałam poniekąd wrażenie, jakbym czytała o pannie Shirley po raz pierwszy. Gdy wracam do tłumaczenia p. Bernsteinowej, od razu włączają mi się wyobrażenia, które snułam jako pięciolatka. A ten nowy przekład wywołał we mnie zupełnie nowe odczucia. Inaczej wizualizuję sobie Avonlea i samą Anne, dużo żywiej też odbieram to, co jej się przydarza. Gdy mówi „chyba zapłaczę się na śmierć”, czuję z nią mocną więź… zwłaszcza, że sama często używam tego sformułowania, jak jestem na coś zła. Gdy pyta się, czy wróżki mogą nosić buty z blaszkami, mój umysł od razu chce na to – retoryczne w kontekście powieści – pytanie odpowiedzieć. Przy czym ta odpowiedź brzmi „Tak, wróżki w glanach są super! Anne, szkoda, że nie możesz zerknąć w przyszłość chociaż na chwilę!” 😀 Przy zaskakująco wielu fragmentach miałam też poczucie, że naprawdę się z tą Anne utożsamiam, dużo bardziej, niż jak byłam mała. Nawet nie chcę się przyznawać, ile zdań zakreśliłam z komentarzem relatable. Co ciekawe, przy lekturze angielskiego oryginału nie miałam aż tak silnych odczuć; jakoś ten polski jednak bardziej do mnie trafia, przynajmniej jeśli chodzi o literaturę.

Chyba sami już się domyślacie, ale napiszę to wprost: uważam przekład p. Bańkowskiej za świetny, lepszy wręcz od tego klasycznego. Wygrał z sentymentem, a to potężne i znaczące zwycięstwo! Oczywiście miłości do starego polskiego wydania nic we mnie nie zabije, w końcu to moje dzieciństwo. Ale cieszę się, że Anne z Zielonych Szczytów powstała, dzięki temu mogę odkrywać jedną z ulubionych powieści na nowo ^_^ I was też zachęcam do przeczytania nowego tłumaczenia. Nie na siłę, nie od razu, bez presji… Ale myślę, że warto chociaż dopuścić tę myśl do siebie. Jak widać, u mnie to wywołało dużo radości, u was też tak może być.

A teraz… przechodzimy do drugiej części wpisu, w której pozwoliłam sobie na porównanie wybranych fragmentów z trzech wersji, przedstawionych na poniższym zdjęciu.

Od lewej widzimy:

🌸 Anię z Zielonego Wzgórza wydaną przez wydawnictwo Nasza Księgarnia w 1956 roku (tzn. tekst jest z 1956, mój egzemplarz został wydrukowany w 1967 roku w ramach podwójnego wydania Ani z Zielonego Wzgórza i Ani z Avonlea). Wydanie to zawiera pierwsze tłumaczenie powieści Montgomery na język polski, wykonane przez Rozalię Bernsteinową. Jak odnotowują Piotr Oczko, Tomasz Nastulczyk i Dorota Powieśnik, „[r]edaktorzy, pracujący dla wydawnictwa Nasza Księgarnia, w którym w 1956 roku ukazała się edycja Ani…, nie tylko poprawili liczne błędy w oryginalnym tłumaczeniu, ale także przyczynili się do powstania kolejnych nieporozumień, korygując wcześniejsze dobre rozwiązania”. Nie jest to idealna sytuacja badawcza, bo trochę utrudnia rozpoznanie intencji p. Bernsteinowej, ale zakładam, że ostatecznie balans błędów wychodzi na równo… A już na pewno kwestia stylu pozostała stosunkowo niezmieniona. Ech, no cóż, pracuję na tym, co mam.

🌸 Wydanie angielskie Anne of Green Gables, Wordsworth Editions, 2018. Na ile się orientuję, jest identyczne z darmowym wydaniem dostępnym na stronie gutenberg.org. (Dygresja: celowo wspominam o wydaniu z projektu Gutenberg. To ważne, że klasyki są dostępne za darmo, nie trzeba urządzać polowania na wydania fizyczne. Ja kupiłam swoje, bo po prostu – parafrazując Anne – nie mogłam się oprzeć pokusie).

🌸 Świeżutki egzemplarz Anne z Zielonych Szczytów w tłumaczeniu Anny Bańkowskiej, które miało premierę 26 stycznia 2022. Za to wydanie odpowiada Wydawnictwo Marginesy.

To co, jedziemy?

Przykład 1: Dawno, dawno temu…

(czyli bierzemy na warsztat pierwszy akapit powieści)

MRS. Rachel Lynde lived just where the Avonlea main road dipped down into a little hollow, fringed with alders and ladies’ eardrops and traversed by a brook that had its source away back in the woods of the old Cuthbert place; it was reputed to be an intricate, headlong brook in its earlier course through those woods, with dark secrets of pool and cascade; but by the time it reached Lynde’s Hollow it was a quiet, well-conducted little stream, for not even a brook could run past Mrs. Rachel Lynde’s door without due regard for decency and decorum; it probably was conscious that Mrs. Rachel was sitting at her window, keeping a sharp eye on everything that passed, from brooks and children up, and that if she noticed anything odd or out of place she would never rest until she had ferreted out the whys and wherefores thereof.
Dworek pani Małgorzaty Linde stał w tym właśnie miejscu, gdzie wielki gościniec, prowadzący do Avonlea, poprzez którą przerzynał się strumyk mający swe źródło het, daleko w lasach otaczających dwór starego Cuthberta. Na początku swej wędrówki przez lasy strumyk ów był bardzo kapryśny i swawolny, spływał kaskadami lub rozlewał się w małe stawki, lecz zbliżając się do doliny Linde'ów stawał się coraz spokojniejszym i dobrze ułożonym potokiem, bo nawet strumień, przemykając się w pobliżu ogrodu Małgorzaty Linde winien był pamiętać, "co wypada, a co nie wypada". Na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że pani Małgorzata, siedząc właśnie przy oknie, baczy czujnym wzrokiem na wszystko, co się dzieje wokoło, począwszy od strumyków i dzieci, a jeśli zauważy coś niezwykłego, nie zazna spokoju, dopóki nie dojdzie przyczyny i celu tej rzeczy.
Pani Rachel Lynde mieszkała dokładnie w tym miejscu, gdzie główna droga Avonlea wpadała w niewielką dolinę porośniętą olszyną i niecierpkiem. Strumień, który ją przecinał, wypływał ze źródła w lasach graniczących z dawną posiadłością Cuthbertów i chociaż w swym górnym biegu zachowywał się dość niesfornie, tworząc to mroczne rozlewiska, to kaskady, przed Dołkiem Lynde'a wyraźnie się reflektował, jakby wiedział, że w pobliżu tak szacownego domostwa nawet leśny strumyk powinien pamiętać o dobrych manierach. Być może czuł na sobie bystre oko pani Rachel, która ze swego posterunku przy oknie pilnie baczyła na wszystko, co się porusza, począwszy od strumyków, a skończywszy na dzieciach. I jeśli tylko zauważyła coś niezwykłego, póty nie zaznała spokoju, póki nie wyśledziła co, dlaczego i jak.

Od razu rzuca się w oczy pewna różnica rejestrów. Jest pewna różnica pomiędzy „dworkiem” a „domem”, pomiędzy „doliną” a „Dołkiem Lynde’a”. Już pierwszy akapit tłumaczenia p. Bańkowskiej informuje czytelniczki i czytelników, że ten przekład będzie nieco bardziej przyziemny. A może to przekład p. Bernsteinowej był właśnie zbyt elegancki…? To chyba rzecz gustu. Na chwilę obecną przyznam, że bardziej rozsądny styl p. Bańkowskiej zdecydowanie mnie przekonał, ale pewnie nie każda fanka Ani się ze mną zgodzi…

Warto też zauważyć, jak wiele można znaczeń przypisać pozornie prostemu wyrażeniu, jakim jest „old Cuthbert place”. P. Bersteinowa stwierdziła, że chodzi o „starego Cuthberta”, p. Bańkowska z kolei mówi o „dawnej posiadłości”… To nawet ma sens biorąc pod uwagę, że ZIelone Wzgórze/Zielone Szczyty zostały zbudowane za życia rodzeństwa Cuthbert, a gdzieś wcześniej ta rodzina musiała mieszkać. Ale tak, to sformułowanie rodzi we mnie dużo pytań na temat historii i geografii Avonlea, których akurat mapka dołączona do książki nie wyjaśnia. (Dygresja: świetny pomysł z tą mapką, Wydawnictwo Marginesy! Naprawdę doceniam ❤ ). Osobiście odbieram to wyrażenie jeszcze inaczej: dla mnie to wygląda trochę jak „stary dobry dom” Cuthbertów, takie podkreślenie swojskości miejsca. I kto ma tu rację? NIE WIEM. I to jest piękne.

Widać też w tym akapicie, że p. Bernsteinowa ewidentnie postanowiła – przynajmniej na razie – pominąć ladies’ eardrops, które na polski najczęściej tłumaczy się na fuksję. Nie dziwię się, bo ten kwiatek niespecjalnie pasuje do wizji swojskich lasów… Ale też, co zabawne, w tym kontekście ladies’ eardrops to wcale nie jest fuksja. Oddam tu może głos p. Bańkowskiej, bo sama wyjaśniła to w wywiadzie dla Gazeta.pl:

Obawiam się, że twarda grupa fanowska i tak znajdzie nieścisłości. Chociażby jak wtedy, kiedy w połowie grudnia 2021 roku miała pani spotkanie w ramach Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, podczas którego czytała pani pierwszy rozdział przekładu. Jego nagranie zostało opublikowane w internecie. W komentarzu znalazł się wpis ostro sprzeciwiający się pisaniu o fuksjach, autor domagał się zastosowania prawidłowej nazwy użytej w oryginale, czyli niecierpek pomarańczowy. I fuksja wyleciała tuż przed pójściem do druku. Błąd wziął się stąd, że we wszystkich słownikach nazwa „lady’s-eardrops” jest tak tłumaczona na polski. Odezwał się do mnie Stanisław Kucharzyk i powiedział, że na Wyspie Księcia Edwarda ten kwiat nie rośnie dziko. I niecierpek został, ale pomarańczowy już do narracji nie pasował i wypadł.

Swoją drogą jak ja googlowałam niecierpek to byłam pewna, że chodzi o odmianę gruczołowatą, która wprawdzie nie jest rodzima dla Kanady, ale na początku XX wieku dotarła tam jako gatunek inwazyjny. Może jednak warto było zostawić ten pomarańczowy… Albo dodać przypis dla dociekliwych. No ale okej, to nie jest aż tak ważne, na pewno lądujemy tu bliżej oryginału Montgomery, niż gdyby tu były PAPROCIE.

niecierpek
Źródło: Wikimedia Commons

Przykład 2: wojna kwiatów

[T]he mayflowers blossomed out, pink and white stars of sweetness under their brown leaves. [...] 'I'm so sorry for people who live in lands where there are no mayflowers,' said Anne. 'Diana says perhaps they have something better, but there couldn't be anything better than mayflowers, could there, Marilla? And Diana says if they don't know what they are like they don't miss them. But I think that is the saddest thing of all.[...]

W tym akapicie pojawiają się mayflowers, ulubione kwiaty Montgomery (źródło informacji: wstęp tłumaczki do Anne z Zielonych Szczytów). Kwiaty te nie mają oficjalnej polskiej nazwy, ich łacińskie miano to Epigaena repens.

File:Epigaea repens 5504382.jpg - Wikimedia Commons
Źródło: Wikimedia Commons

Zobaczmy, jak to wygląda w Ani z Zielonego Wzgórza

[K]witły przylaszczki, a spod ich rudawych listków wychylały się różowe i białe pierwiosnki. [...]
- Tak mi żal ludzi mieszkającychw krajach, gdzie nie ma przylaszczek! - mówiła Ania. - Diana twierdzi, iż ludzie ci posiadają zapewne coś innego, ale czyż może istnieć coś piękniejszego od przylaszczek? Jak Maryla sądzi? Chyba nie! Diana mówi, że jeśli nie znają przylaszczek, to nie mogą tęsknić za nimi. Ale mnie to właśnie wydaje się najsmutniejsze. Uważam, że byłoby wprost tragiczne nie znać ich i nie tęsknić do nich!

U p. Bernsteinowej mayflowers zmieniają się w… przylaszczki i pierwiosnki. To chyba ze względu na dopasowanie kolorystyczne: przylaszczki mają takie rudawe zabarwienie na liściach, ale dużo częściej są niebieskie niż białe i różowe. Ech, doceniam starania, ale mimo wszystko to nie jest to samo. A nawet pomijając niewierność tłumaczenia, to zdanie wprowadza to masę zamieszania, bo ja już w sumie nie wiem, co te dzieciaki zbierały: przylaszczki czy pierwiosnki?

A teraz zerknijmy na wersję p. Bańkowskiej:

- Tak mi żal ludzi, którzy mieszkają tam, gdzie nie ma majowników - zwierzała się Anne Marilli. - Diana mówi, że może rosną tam jakieś jeszcze ładniejsze kwiatki, ale czy to możliwe? Diana uważa, że skoro ludzie nie wiedzą o ich istnieniu, to nie może być im przykro, a dla mnie to właśnie jest najsmutniejsze. To może być wręcz tragedia: nie widzieć nigdy kwitnących majowników i nie tęsknić do nich.

Podążając za tokiem myślenia Anne, Polacy muszą być bardzo nieszczęśliwi, skoro przez p. Bernsteinową przez ładne parędziesiąt lat nie wiedzieli o majownikach… Dobrze, żarty na bok. W tej wersji pojawiła się nazwa stworzona przez Stanisława Kucharzyka, „majowniki”. Opis, który akurat nie zmieścił się na zdjęciu, wiernie opisuje te kwiatki, więc wprowadzanie neologizmu zupełnie mnie nie razi. Uważam wręcz, że jest to bardzo dobry pomysł, gdy flora ma odgrywać ważną rolę w tekście.

Mini-dygresja: na japonistycznym konwersatorium o przekładzie mieliśmy całe zajęcia o tym, co można robić z nazwami roślin… Bo w Japonii opisy flory często występują i często niespecjalnie przystają do polskiej rzeczywistości. Z jednej strony zawsze trochę kusi, żeby zostawić nazwę japońską i dać jakiś przypis, zwłaszcza że japońskie nazwy roślin są bardzo urokliwe. Są krótkie i ładnie dźwięczą. Ale jak mamy jakieś kwiaty albo trawy nie-endemiczne, np. takie, które występują też w Stanach, to co? Zostawianie nazwy japońskiej mogłoby wywołać błędne wrażenie, że takie rośliny nie rosną nigdzie indziej… Pamiętam, że ja w takich wypadkach kombinowałam właśnie z tworzeniem polskich nazw i wymyśliłam np. stokrotkę filadelfijską (jap. harujeon, łac. Erigeron philadelphicus, roślina północnoamerykańska, inwazyjna w Azji i Europie). Piszę o tym, żeby pokazać, że to wcale nie jest problem niszowy w tłumaczeniach! Nazwy roślin zawsze są trudne.

Patrząc na cytowany przykład od innej strony niż botanika, widać w nim pewną tendencję p. Bańkowskiej do skracania niektórych zdań. Na przykład Could there, Marilla? przewędrowało do opisu narratorskiego, zwierzała się Anne Marilli. Niby wszystkie informacje są zachowane, ale chyba tym razem p. Bernsteinowa wierniej przekazała oryginalny flow zdania, nawet jeśli przy okazji rozbiła je na trzy. Chociaż… To kolejny przykład na to, że każdy tłumacz patrząc na oryginał widzi trochę co innego… Ciężko jest mi wydawać takie jednoznaczne sądy, jak jest lepiej a jak nie. W każdym razie ten fragment literacko podoba mi się tak samo w obu tłumaczeniach, ale tylko jak przymknę oko na te nieszczęsne przylaszczki.

Przykład 3: książka (ale jaka?)

Od tej pory przechodzę z całych akapitów do pojedynczych wyrażeń, które zwróciły moją uwagę w trakcie lektury. Kontekst przykładu 3 to koncert, po którym nastąpił niesławny najazd Anne i Diany na pokój gościnny.

Tak napisała Montgomery:

[Gilbert recytuje, bla bla] Anne picked up Rhoda Murray's library book and read it until he had finished...

To jest wersja p. Bernsteinowej:

[Gilbert recytuje, bla bla, a tymczasem Ania] wydobyła z kieszeni jakąś książkę...

Przepraszam, ale tutaj zabrakło mi większego komentarza, ten fragment mówi sam za siebie. Serio, kocham ten przekład, poza tym był pierwszy, pionierski, jeśli chodzi o tę pozycję, i nic tego nie zmieni, ale… Pani Rozalio, dlaczego? Gdybym mogła się cofnąć w czasie i panią o to zapytać…

Wiecie co, ja naprawdę rozumiem obawy fanów i fanek, którzy nie chcą za bardzo konfrontować przekładu p. Bernsteinowej z innymi. Jeśli ktoś jest do niego mocno przywiązany emocjonalnie, to odkrycie takich „kwiatków” może boleć. Nie piszę tego złośliwie, wręcz przeciwnie. Dlatego powroty do ukochanych rzeczy z dzieciństwa to coś, co należy sobie dawkować ostrożnie. Nie znaczy to, że nie warto tego robić, ale… Bez presji.

A tak napisała p. Bańkowska:

Kiedy Gilbert Blythe deklamował Bingen nad Renem, Anne wyjęła pożyczoną z biblioteki książkę Rhody Murray i czytała ją, dopóki nie skończył.

Przykład 4: „romantyczne” oświadczyny

Przypomnę wam kontekst: Anne przytacza tu opowieść Ruby o tym, jak przebiegły zaręczyny jej siostry, Susan/Zuzi. Nasza bohaterka nie uznała tego wydarzenia za specjalnie romantyczne. Jak byłam mała, nie do końca rozumiałam, dlaczego. Jasne, może zaczynanie od tego, że ma się dom, nie jest bardzo górnolotne, ale w przykładzie p. Bernsteinowej i tak te oświadczyny brzmiały dość uroczo, choć może niezdarnie. Ale jak zobaczyłam to zdanie w oryginale, od razu miałam takie „Aha!”. A potem zapomniałam o nim i czytając Anne z Zielonych Szczytów zatrzymałam się na nim dość gwałtownie, no bo jednak… „Chajtnęli”??? Ale szybko sięgnęłam do Anne of Green Gables i ponownie przeżyłam „Aha!”. Wszystko jasne, alarm odwołany. Zostało tylko rozbawienie faktycznie nieromantycznymi zaręczynami i zdziwienie, że „chajtanie się” pisze się przez CH. Może to wstyd, ale serio nie wiedziałam, z reguły nie używam tego słowa w piśmie.

"What do you say, darling pet, if we get hitched this fall?"
"I cóż ty, moje ukochanie, czybyśmy nie mogli oboje tam zamieszkać?"
"Co byś powiedziała, koteczku, gdybyśmy się chajtnęli jesienią?"

Przykład 5: jak było z broszką

Rozmowa o ametystowej broszce jest dla mnie ciekawa ze względu na końcówkę wypowiedzi Ani. Tutaj akurat p. Bańkowska pozwoliła sobie na sporo kreatywności: wypowiedź jest skrócona, znacząco też różni się interpunkcja: zwyczajne kropki zastępują dwa wielokropki i wykrzyknik. Wersja p. Bernsteinowej wydaje się w tym konkretnym fragmencie dużo bliżej oryginału. Nie piszę tego po to, żeby krytykować p. Bańkowską, chyba już wszyscy zdążyli się zorientować do tej pory, że nie o to mi chodzi… Ale to ciekawe. Na pewno „basta!” brzmi bardziej emocjonalnie i chyba lepiej zgrywa się z ogólną interpretacją tej postaci przez tłumaczkę. Poza tym faktycznie wydaje się bardziej, no… zbuntowane.

[...]"although I'm not very certain what a block is. So there, Marilla."
[...]"chociaż nie wiem, co to są dyby. Tak właśnie było, Marylo."
[...]"choćbym miała pójść za to na szafot... chociaż nie bardzo wiem, co to jest szafot... i... i basta!"

Chętnie omówiłabym więcej fragmentów, ale coś czuję, że ilość cytatów znacznie by wtedy przekroczyła tak zwany dozwolony użytek. Myślę, że te pięć przykładów całkiem ładnie pokazuje różnice stylistyczne pomiędzy przekładem „klasycznym” a nowym i „kontrowersyjnym” i można sobie już na ich podstawie wyrobić pewne poczucie, co i jak. Mimo to jeszcze raz zachęcam do zapoznania się samodzielnie ze wszystkimi wersjami, o ile oczywiście macie na to ochotę 🙂

Na sam koniec zostawiam wam linki do różnych rzeczy związanych z tematem, jeśli chcecie wejść głębiej w tę króliczą norę.

I bardzo ważna informacja od Wydawnictwa Marginesy:

Reklama

7 uwag do wpisu “Zielone Wzgórze czy Zielone Szczyty? O dwóch przekładach Anne of Green Gables

  1. To ja jeszcze dodam w sprawie majowników, bo porównuję sobie rozne wydania, że u Bersteinowej byly wcześniej konwalijki. Przylaszczki dodali chyba redaktorzy NK w 1956.

    Polubione przez 1 osoba

    1. O, dobrze wiedzieć, dzięki za komentarz! ❤ Konwalijki też trochę od czapy, ale przynajmniej kolor by się zgadzał bardziej 😀 Ale kształt już mniej… I weź bądź tu mądry, człowieku…

      Polubienie

      1. Jeszcze pozostaje kwestia, kiedy co kwitnie. Przylaszczki kwitną dużo wcześniej, nawet w marcu, pierwiosnki też, a konwalie jednak w maju. Może większości czytelników nie robi to różnicy, ale wszyscy, którzy mają te kwiaty w ogrodzie, poczują, że coś jest nie tak, czytając o kwitnących w maju przylaszczkach 🙂 A poza tym, majowniki to piękne słowo, a Twoja analiza bardzo ciekawa! 🙂

        Polubienie

      2. A to nie jest tak, że na Wyspie Księcia Edwarda wszystko kwitnie później? W pierwszym opisie widoku z okna na szczycie (o mało nie napisałam „na facjatce”, ech te nawyki :D) Montgomery coś wspomniała o śliwie i bzach kwitnących w tym samym czasie, więc…

        No chyba, że uznamy zmienianie nazw kwiatów za strategię „polonizacji” kanadyjskiej przyrody, coś jak spolszczanie imion, to wtedy faktycznie taka różnica może mieć sens. Hm. Ciekawy temat do rozkmin 🤔

        Bardzo dziękuję za dobre słowo co do notki ❤ i też mi się podoba słowo majownik, jest takie "w punkt"

        Polubienie

      3. Tam z pewnością jest inny cykl wegetacyjny – Ania przybywa na Zielone Wzgórze w czerwcu i wszystkie drzewa owocowe kwitną na biało, u nas jednak wcześniej. No i Ania ubolewa, że ma urodziny w marcu, a wolałaby wiosną.

        Polubienie

  2. Wspaniały wpis, dziękuję. A wracając do klasycznego przekładu i fragmentu z koncertem „wydobyła z kieszeni jakaś książkę” -strasznie mi się to dziwne wydawało, Ania w odświętnej sukience wyciąga z kieszeni (o ile sukienki dziewczynek miały wtedy kieszenie książkę (która ma jednak swoją objętość i trochę miejsca musi zajmować)
    Czy ludzie idąc na koncert trzymają po kieszeniach książki??? Czy tak wszyscy czy tylko Ania? 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ojejku, to ja bardzo dziękuję za komentarz, naprawdę mi miło! ❤

      Nie wiem jak inni ludzie, ja nie biorę książek na koncerty 😀 Obecnie też nie ma takiej potrzeby, gdyby się chciało okazać komuś pogardę, wystarczy w trakcie jego występu wyjąć smartfona… A wracając do książeczki z powieści, to mogła być mała, mam parę takich kieszonkowych wydań, co są wielkości dłoni, ale rozumiem wątpliwości. Taka forma wydania bardziej kojarzy mi się z jakąś poezją albo trzema opowiadaniami na krzyż.
      Nawet próbowałam namierzyć, co to za Rhoda Murray i co takiego mogła pisać, ale niestety nie znalazłam nic ciekawego.

      EDIT: Dosłownie przed chwilą znalazłam Rhodę Murray! Ale data się nie zgadza, bo pierwsze wydanie 1912 czyli później niż Ania… HM. Może to jakiś późniejszy dodatek, albo nie wiem. Będę kopać dalej. A tymczasem wstawiam, co znalazłam https://openlibrary.org/books/OL25402026M/The_making_of_Oxford

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s