Dwie płyty, o których miałabym inną opinię, gdyby nie pandemia

[napisałam te dwa teksty w zeszłą jesień/zimę i zapomniałam ich tu opublikować 😮 no nic, lepiej późno niż wcale… ale też patrzę na te teksty i TĘSKNIĘ ZA MOMENTEM, KIEDY MOIM NAJWIĘKSZYM PROBLEMEM BYŁA PANDEMIA, kto by pomyślał, że to możliwe]

______

Refleksja, którą chcę się dziś podzielić, w zasadzie została już wyjaśniona w tytule dzisiejszej notki 🙂 Podczas moich pandemicznych spacerów z muzyczką[1] niejednokrotnie sięgałam po rzeczy, które normalnie bym zignorowała, a w tym konkretnym okresie historii bardzo ze mną rezonowały. W pewnym momencie jednak zorientowałam się, że to działa w dwie strony. Owszem, są albumy, które w moich oczach zyskały przez sytuację zewnętrzną, ale są też takie, które… przez nią straciły. Miniserię notek muzyczno-pandemicznych chciałabym zacząć właśnie od takiego przypadku.

Album, który przez pandemię przyswoił mi się gorzej: VIRUS (HAKEN)

Może i nie stałam się fanką Hakena od pierwszego przesłuchania, ale stopniowo ten zespół przeniknął do mojego umysłu i związał się z nim na amen[2]. Jeśli lubicie metal progresywny z ambicjami a la Dream Theather, ale lepiej brzmiący, to Haken na pewno wam się spodoba. Jeśli nie… I tak polecam posłuchać, bo jest tu wszystko. I świetne brzmienie, i kompozycje wysyłają ce w kosmos, i fajne teksty, i dobry wokal… (Dygresja: obserwowanie wokalnego rozwoju Rossa to moje małe nerdowskie hobby). No po prostu nie ma tu niczego, co by mi się nie podobało.

Ale niestety najnowszy album, Virus, jakoś nie trafił do mnie tak jak poprzednie.

Zarówno stylistycznie jak i tematycznie Virus jest kontynuacją Vectora, albumu z roku 2018. Jeśli chodzi o brzmienie, mamy tu do czynienia z bardzo metalowym podejściem: jest sporo inspiracji djentem – w dużym skrócie chodzi o riffy oparte bardziej na zabawach rytmem niż melodią – bardzo dużo niskich dźwięków i dodatkowych strun. Ale znalazło się też miejsce dla space ballady „Canary Yellow” i bardzo pokręconej, pięcioczęściowej suity, „Messiah Complex”[3]. W teorii powinno to trafić do mnie idealnie. Niestety… miałam poczucie, że wszystko to już Haken robił, że się powtarzają, że ten album jest „tylko bardzo dobry”, ale ja chciałam GENIUSZU i INNOWACJI. Lirycznie też niewiele wnosił do konceptu Vectora: ładne teksty, ale czy dodają głębi tej historii? No tak średnio…[4]. Jednym słowem, trochę się rozczarowałam. Okej, nie trochę. Bardzo.

Jednak im bardziej o tym myślę, tym bardziej nabieram przekonania, że w innych warunkach przywykłabym do tego albumu, a nawet bym go polubiła na równi z innymi. Dlaczego? Chociażby z tego powodu, że słuchałabym go więcej „przygotowując się” do promocyjnych koncertów. Haken ostatnio w Polsce bywał często, występy zawsze ma na wysokim poziomie, więc na pewno bym poszła na koncert promujący tę płytę. A ja lubię znać odgrywane na żywo kawałki na wylot, bo wtedy lepiej wczuwam się w performans. Wiem, że w takim wypadku poznałabym Virusa lepiej i że bym przełamała to pierwotne rozczarowanie. Zwłaszcza że to naprawdę NIE JEST zły album, jest „tylko bardzo dobry” 🙂 Do tego doszłyby wspomnienia z koncertów i… No cóż, wiem, jak działa mój system metabolizujący muzykę. Weszłoby lepiej. Ale koncertów nie ma, zamiast tego jest album, do którego nie bardzo mam powód wracać. Może po pandemii…

[1] Od zwykłych spacerów z muzyczką różnią się tym, że robię dużo mniej zdjęć – jakoś COVID nie zgrywa się z moim procesem fotograficznym… ale to osobny temat – i często wycieram okulary z pary.
[2] Rin, to wszystko twoja wina 😀
[3] Ja taką muzykę nazywam szkołą King Crimson, od ich utworu „21st Century Schizoid Man”. Moim skromnym zdaniem fanki-amatorki to ten utwór podłożył fundament pod pewną… szkołę progresywnych kompozycji, w której jest bardzo gęsto od dźwięków, a kompozycje łamią wszelkie oczekiwania harmonicznie. Trochę jak free jazz? Tylko że na rockowo. I nie chodzi mi tu o to, że Haken kopiuje ten utwór, bardziej mam na myśli vibe pokręcenia kompozycji.
[4] Vector opowiada historię bezimiennego pacjenta szpitala psychiatrycznego, na którym doktor Rex prowadzi eksperymenty. W miarę, jak rozwija się album, dowiadujemy się, że pacjent jest nośnikiem kosmicznego symbiota – czy go nabył w wyniku eksperymentów, czy tez jest to retrospekcja, to już pozostaje kwestią interpretacji. Tak czy siak, Virus jest kontynuacją tego AU fanfika do Venoma (no tak mi się kojarzył Vector, co poradzę ^^”) i pokazuje, jak symbiot przejął władzę nad pacjentem, potem nad całym światem… Czy to prawdziwe życie, czy tylko fantazja? Nie wiemy. Ostatecznie jednak został w jakiś sposób przez głównego bohatera spacyfikowany.
Mój główny problem z Virusowymi tekstami polegał na tym, że w kółko mędlą te trzy punkty fabularne i to wydaje się być takie mało rozwijające dla historii tak naprawdę. No okej, mamy władzę, mamy jej upadek, powiedzcie nam coś więcej, no! Nie wiem, jakoś nie miałam poczucia satysfakcjonującego zakończenia. Ale to się mogłoby zmienić, gdybym z tym albumem spędziła więcej czasu. Na razie pozostaję przy opinii „spoko, ale bez szału”, ale zastrzegam sobie możliwość jej zmiany.

______

Album, który przez pandemię przyswoił mi się lepiej: LEBANON HANOVER „SCI-FI SKY”

W dzisiejszym odcinku autorefleksji muzyczno/pandemicznych chciałabym pochylić się nad albumem, który jeszcze rok temu temu określiłabym „meh”. Tymczasem albo mi się zmienił trochę gust, albo po prostu tego typu muzyka idealnie pasuje do czasów lockdownu. Nie przedłużając: przedstawiam wam dziś najnowszą płytę LEBANON HANOVER, zatytułowaną SCI-FI SKY.

Zacznę od szczerego wyznania: jeszcze do niedawna naprawdę za tym zespołem nie przepadałam. Z jednej strony trochę to dziwne, bo przecież Lebanon Hanover gra muzykę gotycką… Czyż nie powinien mi się spodobać niejako z automatu? No właśnie to nie do końca tak działa 🙂 W tym konkretnym przypadku przez długi czas miałam wrażenie, że duet Larissy Iceglass i Williama Maybelline’a tworzy muzykę równie przesadną, co ich pseudonimy sceniczne. Nie do końca umiem powiedzieć, dlaczego: czy chodzi o skrajnie wystylizowany wokal obojga? Czy też o to brzmienie, które wydaje się syntezą wszystkich elektronicznych sampli używanych kiedykolwiek w subkulturze gotyckiej? Jakoś miałam wrażenie, że tego jest za dużo i za bardzo.

W sumie nawet nie jestem pewna, dlaczego sięgnęłam po ich ostatni album… A nie, pamiętam. To ten tytuł 🙂 Przyciągnęło mnie nie tylko samo science fiction w tytule (widzę sci-fi, robię klik), ale właśnie ta konkretna wizja „nieba sf”: to jest taki motyw, za którym często mi się zdarza ganiać z aparatem.

I tutaj niespodzianka! Okazało się, że to, co wcześniej brałam za wadę zespołu, w czasie pandemii okazało się właśnie zaletą. Ciężko nie docenić absurdu skrajnej stylistyki połączonej z tekstami o zamknięciu i beznadziei, gdy samej się żyje w podobnie absurdalnej sytuacji. Sami wiecie: nie wiadomo, czy utrzymywać stan gotowości bojowej, czy też żyć po swojemu… Tylko że nie da się żyć po swojemu za bardzo, bo spory procent codziennej rutyny został postawiony na głowie. Wiadomo, pandemia to poważna sprawa i trzeba z nią walczyć, ale jednak jest w tych wszystkich obostrzeniach i ich realizacji coś mega surrealistycznego. Niektórzy może do tego przywykli… Ja niezbyt.

I w takim właśnie momencie manieryczność i teatralność LH okazały się idealne, bowiem wcale nie wydają się już przesadne. To jest właśnie ten moment historii, który absolutnie uzasadnia melancholię i przeżywanie własnego wnętrza w podwojonym czy też potrojonym wymiarze. A środki wyrazu, które wcześniej całkiem nam wystarczały, mogą obecnie pozostawiać niedosyt, wydawać się nieadekwatne do postawionej na głowie rzeczywistości ZOZO. A tymczasem pojawia się nowe Lebanon Hanover, z absurdalnie monumentalnym wokalem męskim (serio, jak ten człowiek to robi, ja nie wiem), absurdalnie smutnym wokalem żeńskim i gotykiem do kwadratu, równie surrealistycznym i absurdalnym, co rzeczywistość pandemiczna.Równocześnie jednak nie brakuje na tej płycie tanecznych motywów, które powstrzymują ciała od całkowitego skapcanienia. Nie mogę więc powiedzieć, że jest to album do umierania na melancholię. Bardziej jest to album do kontemplacji życia w lockdownie, co zresztą bardzo mocno słychać w tekstach. Nie będę tutaj analizować całości, ale pozwolę sobie przytoczyć kilka chwytliwych cytatów z różnych piosenek, które naprawdę dobrze pasują do życia w pandemii.

  • „Monday morning, listening to The Cure… Living on the edge” (Living on the edge) – Kurde, jak można napisać bardziej ironiczną linijkę, która równocześnie wydaje się tak prawdziwa? Przecież dopóki nie będzie szczepionek, to wszyscy żyjemy na krawędzi…
  • „Give me a cure, give me a potion // Help me recover from this deadly devotion // I don’t want to die In this digital ocean” (Digital Ocean) – Też nie chcę umrzeć w cyfrowym oceanie i liczę na to, że kiedyś, w końcu wrócimy trochę bardziej do życia „na zewnątrz”. Bardzo mi tego brakuje. (Jeszcze jedna śmiechostka: na początku zrozumiałam pierwszy człon tego cytaty jako „give me a cure, give me ABORTION”, co bardzo się zgrywa z wiadomymi protestami w Polsce. Byłam bardzo rozczarowana, gdy się okazało, że jednak ten tekst tak nie brzmi…)
  • „Come Kali come, covered in blood // Snakes in the sun, come Kali come” (Come Kali Come) – Oj tak, gdyby jakaś bogini zniszczenia i odrodzenia pojawiła się nad Polską, to kurde będę pierwsza do niej machać kadzidłem. Przydałoby się nam trochę wstrząsów. Nie za dużo, ale… Myślę, że podobnych cytatów można by z tej płyty wyłowić więcej, ale te jakoś wyjątkowo zapadły mi w pamięć. Dość dobrze oddają one tę pandemiczną poetykę, która unosi się nad albumem. Trafne w cholerę, jak dla mnie przynajmniej.

Do tego stopnia polubiłam „Sci-Fi Sky”, że wręcz się zastanawiam, czy nie cofnąć się do wcześniejszych płyt LH… Ale nie wiem, może górę wezmą stare upodobania i odruchy 😀 Trochę się boję ruszyć ten temat. Nie zmienia to jednak faktu, że najnowszy album Larissy i Williama polecam ze szczerego serca. O dziwo i mimo wszystko.

Jeszcze małe post scriptum: Lebanon Hanover jest jednym z tych zespołów, które ciekawie uplasowały się na przecięciu dwóch grup odbiorczych. Z jednej strony duet ten gra muzykę gotycką, przez co trafia do konkretnej publiczności… Takiej spod znaku Castle Party (na którym mieli wystąpić w 2020 roku, ale nie wyszło i to nie tylko przez pandemię), filmów o wampirach i takie tam. Oczywiście dokonuję tutaj radykalnego uproszczenia subkultury gotyckiej, ale w takim – mam nadzieję – pieszczotliwym duchu 🙂 Z drugiej strony jednak jakieś dziwne zawirowanie trendów sprawiło, że tego typu muzyka stała się popularna również wśród innej publiczności, którą można by w skrócie nazwać alternatywną (albo, jeśli ktoś chciałby być złośliwy, hipsterską), o czym może świadczyć chociażby występ duetu na Off Festiwal w roku 2019. Podobny rozstrzał publiczności widzę np. w przypadku Zoli Jesus, czy też She Past Away. Wciąż próbuję ogarnąć, skąd właściwie wzięła się ta moda na gotyckie brzmienia poza wąską subkulturą i nie do końca mi się to udaje… Mam jakieś swoje pomysły na wyjaśnienie tego fenomenu, ale jeszcze nie są w pełni dopieczone. W każdym razie ciężko zaprzeczyć jej istnieniu. Jeśli macie pomysły, o co w tym chodzi, to dajcie znać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s