STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: CYBERPUNK 2077

Mam takie pytanie do graczy i graczek: czy wszystkie gry tak zwane „AAA” (czyli jak rozumiem, takie superprodukcje a la Hollywoodzkie blockbustery) są tak cholernie immersyjne i wciągające? Jak? Jak wy to znosicie? To przeładowanie mózgu danymi, które rozlewa się też na czas ? I jeszcze robicie to sobie ciągle i ciągle na nowo poprzez nowe tytuły?

Nie będę ściemniać: jeśli chodzi o to medium, to jestem raczej zielona, więc nie bardzo mam porównanie. Ale mój ostatni miesiąc wyglądał tak:

Nie śpię, bo gram w Cyberpunka 2077.

A jak śpię, śni mi się Cyberpunk 2077.

Dosłownie. nocami śniło mi się, jak jeżdżę za tymi żółtymi kropeczkami GPS-a Night City i rozwalam sobie twarz na motorze (mówiłam, że jestem zielona).

A teraz nie pracuję, bo piszę tekst o Cyberpunku 2077. Właśnie ten, który teraz czytacie.

Sad XD.

Mmmm, orientalizm 😀

Powiem szczerze: ten stopień wciągnięcia znacznie przekroczył moją strefę komfortu. Nie to, że nie lubię się wkręcać w teksty kultury, ale jednak… Nie wiem, nawet film działa na większy dystans, o książkach już nie mówiąc. I w codziennym życiu, w którym muszę robić różne rzeczy, chyba jednak wolę ten dystans. Poza muzyką, muzyka mnie wciąga podobnie. Na szczęście albumy muzyczne przeważnie trwają krócej niż 60 godzin. Tyle właśnie spędziłam w świecie cyberpunkowej gry.

To chyba oznacza, że mi się podobało 🙂 Wiecie, nie będę tu zgrywać jakiejś super-mądrej recenzentki – nie uważam, bym w tym medium miała do tego kompetencje. Grało mi się dobrze, mimo wciąż widocznych – ale w większości nieszkodliwych – bugów. Jeśli chodzi o część „mechaniczną” gry, to w sumie więcej nie mogę powiedzieć. Chyba, że chcecie, żebym pośmiała się z moich bugów.

Za to odrobinę znam się na cyberpunku w znaczeniu klimatu/gatunku literackofilmowomedialnego. Dlatego zresztą chciałam się pobawi z najnowszym dzieckiem CDProjekt: byłam ciekawa, jaka jest ich wizja tej konwencji i czy uda im się wrzucić w nią coś, co nada jej mocy i znaczenia. Tak jak ma to miejsce w klasykach gatunku.

[Uwaga! Od tej pory w tekście mogą zdarzyć się spoilery, choć starałam się pisać bez. Z dokładnymi odniesieniami do fabuły ten tekst byłby 10 razy dłuższy]

No właśnie, to jak to jest z tym cyberpunkiem w cyberpunku?

Hm, na pewno nie można powiedzieć, że twórcy postawili krzyżyk na klasycznych motywach. Tak, ja wiem, że gra CDProjektu jest adaptacją RPG-a Mike’a Pondsmitha z końcówki lat 80. Ale nawet dla osób, które nie znają tego RPG-a a lubią cyberpunk jako gatunek, świat Night City nie będzie jakoś specjalnie oryginalny. Zacznijmy od oczywistej rzeczy: zatrudnienie Keanu Reevesa do jakiejkolwiek roli w tej grze jest oczywistym nawiązaniem do Matrixa, ale nie tylko[1].Z Williama Gibsona twórcy wzięli koncept dzikich AI (Trylogia ciągu) i rozpadu Kalifornii na dwa stany (Trylogia mostu – nawet nazwy są takie same, NoCal i SoCal), z Pat Cadigan – braindance i sposób pracy netrunnerów. Z Blade Runnera do CP2077 przeszło wmieszanie kultury japońskiej w amerykańską tkankę miasta… A także cytat z soundtracku w jednej z piosenek w jazzowym radio. Ten cholerny saksofon poznam wszędzie. Znalazło się nawet miejsce dla Jossa Whedona: Dom Lalek to był taki serial, zanim stał się questem.

Dom lalek

Takich inspiracji jest w grze dużo więcej, wymieniam po prostu te, które najmocniej zapisały mi się w głowie. Na pewno znajdą się osoby, które uznają to za wadę. Znacie tę mantrę. „To wszystko już było. Odgrzewany kotlet. Próba reanimacji dawno zmarłego gatunku”. I tak dalej, i tak dalej. Cóż, ja nie jestem jedną z tych osób. Wprawdzie nie potrzebuję aż tylu nawiązań do szczęścia, ale z drugiej strony… To wciąż jest tak naprawdę powłoka. Skorupa. Dla mnie najważniejsze jest to, co się w te nawiązania i gatunkowe klisze wrzuci. Jaki duch w tej skorupie ostatecznie zamieszka. Też umiem w nawiązania, a co 🙂

Właśnie z tym duchem w skorupie mam pewien problem… Przez większość gry czułam bowiem, że osoby odpowiadające za koncepcję i fabułę tego dzieła bardzo chciały wcisnąć dwie gry w jeden tytuł. Ciągnąc dalej tę moją wcale-nie-oczywistą metaforę: tak jakby ktoś chciał wsadzić dwa zupełnie różne duchy w jedną skorupę (zupełnie jak V i Johnny Silverhand, haha). A główna fabuła gry tkwi nieco w rozkroku pomiędzy tymi dwoma duchami.

Jedna gra to napierdzielanka w stylu GTA. Nie, nie grałam w GTA, ale ta gra ma swoją specyficzną renomę nawet wśród tak zielonych ludzi jak ja. Rozbijanie się samochodem po mieście, strzelanie do wszystkiego, co się rusza, wyścigi z policją… W Night City zdecydowanie jest dużo opcji utrzymanych w takim klimacie. Niestety, do nich zalicza się zdecydowana większość kontraktów i sporo zadań pobocznych. Klimat GTA można też poczuć w trakcie walk fabularnych.

GTA mode, wzium wzium. Plus moja V.

Oczywiście zawsze też istnieje opcja skradania się i hakowania, która jest zdecydowanie bardziej klimatyczna. Ale jakoś zawsze prędzej czy później ktoś mnie zauważał, i wtedy zaczynało się siekanie i wypalanie. Ogólnie mam takie poczucie, że w CP2077 dużo łatwiej gra się jako ludzki czołg niż jako ninja-haker. Z jednej strony bycie czołgiem dostarcza dużej satysfakcji: w świecie, który w zasadzie już się rozpadł, tylko jeszcze tego nie zauważył, możliwość siekania ludzi kataną czy wypalanie synaps na odległość nabiera takiego wymiaru power fantasy. W ogóle to dość zabawne/interesujące: w prawdziwym świecie za oknem dominuje smutek syndrom Dorosłych Dzieci Polski, czyli poczucie bezradności w wielu różnych ważnych kwestiach. Świat Cyberpunka-gry jest jeszcze paskudniejszy. Tam już w ogóle nie ma czego zbierać. Ale przynajmniej w grze mogę się obronić przed gangsterami i policją i NIKT MI NIE PODSKOCZY! Z drugiej strony jednak nawet power fantasy po pewnym czasie staje się nudne i puste. Serio, ile można.

Dużo bardziej interesująca jest ta druga gra, która jest obecna w CP2077. Ta gra zaczyna się wraz ze śmiercią [wstaw imię ważnego NPC] i pierwszą interakcją z Johnnym Silverhandem. Pamiętam, jak tuż po rozpoczęciu aktu drugiego wyszłam swoją V na miasto… Nie miałam samochodu, bo mi go rozwaliła taksówka i chodziłam po tej gigametropolii na piechotę. Ten pierwszy dzień i pierwsza noc wywarły na mnie największe wrażenie, i chyba już nigdy później nie czułam takiej spójności z postacią jak wtedy. Nie będę tu zanudzać dokładnym opisem, co się działo w jakiej kolejności, ale w skrócie: V dostała zaproszenie na pogrzeb [ważnego NPC] i szła tam przez całą noc,coraz bardziej osuwając się w psychodeliczną delirię. Nie wiem, może miałam wtedy szczęście do nietypowych questów, ale właśnie wtedy zaczęłam swoją Wędrówkę Głupca z cyberpunkowym tarotem[2]. A potem w środku nocy w parku spotkałam dziwnego mnicha, który mnie uczył medytacji przez braindance. A potem… Dobra, miałam nie zanudzać.

Sprowadza się to do tego: pomiędzy całą siekanką, wypalanką i wyścigami można się w CP2077 dokopać do wątków łączących cyberprzyszłość z mistycyzmem, a ten mistycyzm z kolei bardzo dobrze łączy się z żałobą przeżywaną przez główna bohaterkę. Żałobą po przyjacielu, ale też po swoim własnym życiu. Wychodzi z tego naprawdę ciekawa, intymna opowieść o rozpadzie świata wokół, o walce o jakąkolwiek sprawczość. Która w dodatku rozgrywa się w absolutnie nienaturalnej, subiektywnej i psychodelicznej przestrzeni temporalnej[3]. Nie wiem, może to jest tylko kwestia mojej wrażliwości, ale wydaje mi się, że to jest nie tylko ciekawsze od zwykłego akcyjniaka, ale też że właśnie w takiej konfiguracji pojawia się nuta zrozumienia istoty cyberpunku jako gatunku.

Mnich od medytacji. W środku nocy. W parku, przez który przeszłam przypadkiem.

No bo tak: weźmy te cztery C typowe dla cyberpunka. Corporations, crime, corporeality, cyberspace. Wątki antykorporacyjne nie wybrzmiewają tu jakoś mocno. Nawet pomijając nawet całą ironię sytuacji pt. „korporacje robią treści o złych korporacjach”, CD Project nie ma monopolu na ten paradoks. Po prostu, w świecie gry każdy układa się z korposami, albo ma korpomentalność. Absolutnie każdy. Nie da się od tego uciec. To realizm kapitalistyczny na sterydach, utaplany w depresji albo przemocy. Albo jednym i drugim. Przez to ten aspekt gatunku w grze Cyberpunk wychodzi bardzo płasko. Z pozostałych najbardziej w grze widać przestępczość; no ale nacisk na ten aspekt skończył się efektem GTA. Jak już pisałam wyżej, ten kierunek niekoniecznie mnie pociąga na dłuższą metę.

Zostają corporeality i cyberspace. Te dwa wątki pojawiają się w grze i przynajmniej w teorii odgrywają w niej dużą rolę. Nie powiem, jaką dokładnie, bo jednak spoiler. Niekoniecznie jednak mają przełożenie na filozofię gry. A raczej: rola, jaką odegrają, zależy tu w dużej mierze od inwencji własnej, wyobraźni i determinacji osoby grające. Przez większość gry pozostają bowiem raczej w sferze deklaracji i dopiero w zakończeniu gameplay wymusza poważne zastanowienie się nad tymi kwestiami. Przy czym w niektórych zakończeniach wymusza je bardziej niż w innych.

Wieczna pełnia nad Night City pozdrawia

Jeśli zaś chodzi o nieoficjalne piąte C, miasto… [4] Wszyscy i wszystko w grze może powtarzać, jakim Night City jest uzależniającym miejscem, jakie oferuje możliwości, jak to każdy kocha i nienawidzi to miasto naraz. Ale ja, w przeciwieństwie do tego, co mówiła moja V, przez większość czasu nie czułam tej skomplikowanej miłości. A jestem osobą absolutnie zafascynowaną metropoliami, tak prywatnie. Po prostu ta konkretna przestrzeń miejska jest paskudna. Jedyne, co mnie w niej przyciąga, to właśnie ten psychodeliczny mistycyzm. On sprawia, że Night City faktycznie staje się czymś więcej niż sumą swoich składników, że zaczyna nabierać jakiejś osobowości.

Paradoksalnie, im mniej „realistyczne” jest wszystko, tym łatwiej jest mi w tę historię uwierzyć. A do tego, mistyczne Night City faktycznie ma w sobie jakąś kuszącą nutę, która by uwiarygodniła dla mnie toksyczny związek wszystkich bohaterów z miastem. Tego pierwszego wieczoru w akcie 2, gdy trafiłam na sporo ezoterycznych motywów, faktycznie miałam poczucie, że w takim mieście mogę chcieć się gubić. Ale ezoteryczna psychodela trochę znika pod całą masą siekania, wypalania i skradania. I to się tyczy zarówno głównej fabuły, jak i questów pobocznych. Bardzo bym chciała, by w przyszłych DLC – jeśli takie powstaną – ta strona gry została rozwinięta. Byłoby fajnie więcej się włóczyć i odkrywać „folklor” tego miejsca, bez konieczności wyjmowania katany w każdym mniejszym zaułku.

Ale ja tu sobie marudzę na różne aspekty, a jednak jakoś te 60 godzin w grze nabiłam. Jak widać nawet te okruszki „gry, w którą chciałam grać” wystarczyły, by mi mocno zamącić w głowie. Może dobrze, że nie było ich więcej, bo inaczej jeszcze bym z tego świata nie wyszła 😀 Nie wiem, czy polecam, no ale coś jednak w tym musi być.

Podziękowania dla Ewy, dzięki której mogłam sobie pograć ❤

CyberKeanu

________

[1] Keanu grał też w (podobno okropnej) adaptacji opowiadania Gibsona „Johnny Mnemmonic”.

[2] Quest „Wędrówka głupca” pozornie jest taką typowa akcją pt. „Znajdź wszystkie znajdźki”. V w pewnej chwili dostrzega dziwaczne, jakby żywe grafitti z kartą tarota z Wielkich Arkanów. Sama V raczej nie zna się na tego typu rzeczach, więc idzie do koleżanki, która ma sklep ezoteryczny i nawet nazywa się Misty… mało subtelne, CD Projekt, mało… I od niej dowiaduje się, że graffiti są powiązane z jej podróżą i rozwojem w trakcie gry. I faktycznie, każda karta jest dopasowana do swojego miejsca i do fragmentu historii, który się w tym miejscu rozgrywa. Potem można te karty obejrzeć sobie w menu. PRZEŚLICZNE. Dajcie mi z nimi merch.

[3] Pod koniec września napisałam na prywatnym profilu coś takiego:

„Nie wiem, czy ktoś jeszcze zwrócił na to uwagę, ale w CP2077 panuje wieczna pełnia księżyca. Może to kwestia ograniczeń mechaniki, a może meta-komentarz do pewnego rodzaju stagnacji świata przedstawionego (która zresztą jest bardzo widoczna w organizacji głównych i pobocznych questów, TL;DR: nie zdziwię się, jeśli fazy księżyca ruszą dopiero po spotkaniu z Hanako).”

I MIAŁAM RACJĘ! Nie wiem, czy od razu po spotkaniu księżyc się zmienił, bo prawdę mówiąc, pochłonęła mnie rozgrywka. Ale w jednym z zakończeń udało mi się wypatrzeć księżyc, i już faktycznie nie był w pełni! Tak więc ktoś jednak przy produkcji zwrócił uwagę na ten detal, nie można wszystkiego zwalać na „nikomu nie chce się robić silnika do faz księżyca”.

[4] Rok temu w swojej audycji zrobiłam odcinek o czterech – a właściwie pięciu – cyberpunkowych C. Nie wiedziałam wtedy, że ta gra tak bardzo potwierdzi moją tezę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s