Władca Pierścieni: stara książka na nowe czasy?

W chwili, gdy piszę te słowa, mija kolejny tydzień pełen złych wiadomości. Od globalnej katastrofy ekologicznej, poprzez lokalne akty przemocy i bezprawia, aż po osobiste problemy i zmagania… [1] Z jednej strony atmosfera końca świata staje się coraz bardziej namacalna, z drugiej można zaobserwować rosnącą tendencję do pewnego zwątpienia w sensowność „tego wszystkiego” i walki z opresyjną rzeczywistością[2]. Jak w ogóle ludzie mają funkcjonować w takim obciążeniu, nie mówiąc już o działaniu ku poprawie tej sytuacji?

Nie, ja też nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nie jestem żadnym guru ani żadną prorokinią. Ale odkryłam, że między kolejną złą wiadomością a drugą coraz częściej wracam umysłem do niedawno odświeżonego klasyka literatury… A także, że ten klasyk wydaje się być okrutnie aktualny.

Mówię tutaj o Władcy Pierścieni.

~~~~

Może to zaskoczyć część z was, co zresztą jest całkowicie zrozumiałe. Status powieści [3] J.R.R. Tolkiena we współczesnej popkulturze jest dość skomplikowany. Z jednej strony jest ona niekwestionowanym bestsellerem, po którego sięgała i wciąż sięga masa osób. Nikt też nie zaprzeczy, że Władca Pierścieni wywarł duży wpływ na kształtowanie się gatunku fantastyki, a pieczołowite światotwórstwo angielskiego pisarza do dziś stanowi dla wielu wzór tego, jak powinno się myśleć o fantasy. Z drugiej strony, cóż, wiele elementów tego światotwórstwa jest obecnie kwestionowanych i dekonstruowanych. Bardzo słusznie zresztą, bo o ile w świecie tej konkretnej powieści zachwyt elfami czy strach przed orkami wydaje się całkiem zrozumiały – zwłaszcza z perspektywy wkraczających w świat legend hobbitów – to jednak na dłuższą metę założenie „piękna rasa = dobra rasa, brzydka rasa= zła rasa” czy też w ogóle przypisywanie określonych cech całej rasie istot jest dość słabe… A jak przejdziemy do innych ważnych współcześnie kwestii, typu przedstawianie płci (niekoniecznie krzywdzące, ale jednak konserwatywne), seksualności (praktycznie nieistniejące)… I tak dalej i tak dalej… To w sumie nie można się dziwić, że sporo osób odrzuca Tolkiena jako – łagodnie ujmując – nieprzystającego do dzisiejszych czasów dziadka.

Do tego dochodzi jeszcze fakt, że Tolkien był katolikiem i dość często o tym pisał. Z tego powodu zarówno część badaczy jego twórczości jak i jego katolickich fanów aktywnie promuje odczytanie Władcy Pierścieni i innych tekstów o Śródziemiu właśnie przez pryzmat tego wyznania. Nie przeszkadzałoby mi to wcale – ostatecznie religia i religijność są ciekawymi zagadnieniami – gdyby nie to, że nierzadko odbywa się to w sposób bardzo… wykluczający dla innych perspektyw. Już pomijam, że halo! Nie tylko katolicy i katoliczki czytają Władcę Pierścieni, inni też mają prawo do tej książki i własnych interpretacji! Ale też taka działalność sprzyja utrwaleniu wizerunku Tolkiena i jego twórczości jako jeszcze bardziej konserwatywnej niż jest w rzeczywistości.

~~~~

Okej, ale jak właściwie można podejść do powieści o Pierścieniach Władzy w inny sposób, niż poprzez pryzmat katolickości czy konserwatyzmu? I co to może mieć wspólnego z naszą przed-apokaliptyczną rzeczywistością, w której przyszło nam żyć?

Gdy niedawno czytałam Władcę… po raz pierwszy od co najmniej pięciu lat, a nie zdziwiłabym się, gdyby to było dziesięć… uderzyło mnie, jak bardzo wszyscy są w tej książce smutni, zrozpaczeni, czy też wręcz w depresji. Nie zarejestrowałam tego przy wcześniejszych lekturach. A raczej zarejestrowałam, ale nie umiałam tych emocji do końca odczuć. Dużo mocniej rezonował ze mną vibe zachwytu nad obcymi krainami, czy też motyw „musimy ochronić Shire za wszelką cenę”. Może dlatego, bo wiedziałam, że wszystko się dobrze skończy. Ostatecznie, czytelnicy wiedzą, że misja Froda musi się powieść i że Pierścień zostanie zniszczony. Ale jeśli przez chwilę przestanie się myśleć o tej opowieści w kategoriach… No właśnie, opowieści, a zamiast tego zwróci się uwagę na przeżycia postaci, to naprawdę. Co chwila w tekście powieści przewijają się takie w sumie drobne sformułowania, które sygnalizują ogarniającą bohaterów beznadzieję. Takie drobne wyrażenia typu

  • „Sam zdławił szloch”
  • „nadzieja Froda zgasła”
  • „Biada nam! A taki już jestem zmęczony” (to Gandalf)
  • „Musimy się obejść bez nadziei. Może kiedyś zostaniemy pomszczeni” (to Aragorn po wyjściu z Morii bez Gandalfa)
  • wszelkiego rodzaju cienie spowijające serca i rozpacze w sercu (które głównie towarzyszą Nazgulom, posłańcom depresji)

przewijają się niemal non stop przez całą drugą część Drużyny Pierścienia.

W Dwóch wieżach i Powrocie króla rozpacz i depresja stają się również tematami fabularnymi: z jednej strony mamy wątek dwóch władców absolutnie bez nadziei na lepsze jutro: Theodena i Denethora. Theoden ostatecznie wygrzebuje się z niemocy dzięki interwencji Gandalfa, nie znaczy to jednak, że nabrał jakiegoś optymizmu, bardziej zdecydował się na godną śmierć. Denethor natomiast, cóż… nie skorzystał z pomocy i skończył marnie.[4]

Z drugiej, praktycznie cała wędrówka do Mordoru łączy się z obserwowaniem, jak Frodo coraz bardziej słabnie pod wpływem Pierścienia, a Sam wspomaga go w tej walce. Gdyby wyciągnąć objawy tego wyczerpania z fabularnej ramy, naprawdę ciężko byłoby je uznać za coś innego niż depresję… widzianą oczami kogoś, kto w tej depresji nie jest. Zatarcie dobrych wspomnień, zawężenie perspektywy, brak nadziei na przeżycie – Frodo naprawdę był przekonany, że umrze na Górze Przeznaczenia! Czego Sam przez dłuższy czas nie był w ogóle w stanie pojąć! Naprawdę, nie jest to pierwsze, co rzuca się w oczy przy lekturze rozdziałów o wędrówce do Mordoru (jakoś mam poczucie, że Gollum trochę kradnie show w tych scenach), ale jak już się to raz zauważy, to nie sposób tego odzobaczyć.

Przepraszam bardzo, jak takie wątki mogą nie rezonować z naszymi obecnymi odczuciami? Ten przeważający brak wiary w działanie, ten smutek, to przekonanie, że świat się kończy… Okej, wiadomo, co innego walka z fantastycznym Wielkim Nieprzyjacielem, a co innego zmiany klimatu i polityka prawdziwego świata, ale tak, w wielu fragmentach Władcy odnajdywałam własne wątpliwości, ubrane tylko w inny kontekst. Dodatkowo powieść serwuje nam całe spektrum różnych reakcji na wieści, zarówno te o wojnie, jak i te o jej możliwym rozwiązaniu. Większość z nich bardzo dobrze odzwierciedla podobne reakcje w świecie nie-fikcyjnym, aczkolwiek te „realne” wypowiedzi z reguły są spisane lub wypowiedziane znacznie brzydszym językiem. Ale treść jest mniej więcej adekwatna. Rozmowy Drużyny ze strażnikami, czy też z mieszkańcami Edoras, konwersacje orków…[5] To zawsze są takie drobne fragmenty, które w sumie giną w tej fabule. Do czasu.

~~~~

W zasadzie jedyna postać, w której wiara w zwycięstwo dobra nigdy nie gaśnie, to Gandalf. Co ciekawe, jego zagrzewanie do walki często jest interpretowane przez otoczenie jako krakanie i rozprzestrzenianie złych wieści. Nie chcę tu doszukiwać się analogii na siłę, ale jak sobie myślę o tym, jak często mówi się o ekologach i aktywistach klimatycznych, że przesadzają i nie mają życia, to jakoś porównania same mi się nasuwają.

Ale nawet Gandalf i elfowie, którzy stawiają czoła Sauronowi, walczą ze świadomością, że nie uda im się ocalić Śródziemia takiego, jakim jest. W dużym skrócie: wykreowany świat przez Toliena musi się zmienić tak czy siak, niezależnie od wyniku wojny. A w zasadzie już się zmienia i ten proces jest nie do zatrzymania. Motyw ten przewija się przez całą powieść, ale dla przykładu przytoczę tutaj cytat z Drużyny Pierścienia:

– A co się stanie, jeśli Pierścień Władzy będzie zniszczony, tak jak radzisz? – spytał Glóin.

– Nic pewnego nie wiemy – ze smutkiem rzekł Elrond. – Niektórzy z nas ufają, że Trzy Pierścienie, nigdy przez Saurona nie dotknięte, wyzwolą się wówczas, a ich właściciele będą mogli uleczyć rany, zadane światu przez Nieprzyjaciela. Możliwe jednak, że Trzy po zniknięciu Jedynego stracą swoją moc, a wówczas wiele pięknych rzeczy zgaśnie i pójdzie w zapomnienie. Ja tak sądzę.

W Dwóch wieżach o zmianach wspomina między innymi Drzewiec, stwierdzając że ”nawet słońce świeci inaczej niż kiedyś”. W Powrocie króla zaś… no cóż, cały wątek Shire sygnalizuje zmiany powojenne, choć akurat tę krainę Tolkien postanowił ocalić za pomocą deus ex Galadriela. Rozdział o Szarej Przystani natomiast stanowi ostateczne pożegnanie z dawnym kształtem Śródziemia.

Nie wątpię, że inspiracją Tolkiena do pisania o nieodwracalnych zmianach świata były dwie wojny światowe… Szkoda tylko, że to poczucie jest tak bardzo aktualne również i dzisiaj. Co prawda może i nie przeżywamy obecnie jednej wielkiej wojny… Zamiast tego toczą się dziesiątki nieco bardziej lokalnych, no ale wątpię, żeby ludzi w Syrii i Afganistanie pocieszał pokój w Australii na przykład… Za to cały świat mierzy się ze zmianami klimatycznymi, a jak wskazują raporty, nawet gdyby udało się nam całkowicie wyłączyć emisję cieplną ludzkości, pewnych zmian w ekosystemie zwyczajnie się już nie odwróci. Na Ziemi codziennie wiele pięknych rzeczy gaśnie i idzie w zapomnienie, nie potrzeba do tego żadnych pierścieni…

~~~~

Ale najbardziej w całej powieści poruszyła mnie taka mała scenka, który chyba pozostaje niezauważona przez większość osób czytających Władcę Pierścieni – a przynajmniej ja się nie spotkałam z tym, żeby była szeroko omawiana. Chodzi o zakończenie rozdziału z ucztą Rivendell, gdy Frodo i Bilbo rozmawiali przed naradą. Tolkien opisał to tak:

Nie mówili już o błahych nowinach z odległego Shire’u ani o czarnych cieniach i niebezpieczeństwach, które ich zewsząd otaczały, lecz o pięknych rzeczach, które obaj na świecie widzieli.

W całej książce nie ma zdania, które by mnie mocniej kopnęło… Może przez to, że często towarzyszy mi poczucie winy, gdy zwracam myśli ku czemuś innemu niż poważne problemy na świecie. A przecież to właśnie to wszystko poza problemami, te wszystkie „piękne rzeczy” – chęć ich ochrony, czy też przekazania innym – stanowią motywację do zmagania się z tymi problemami. Bez nich jesteśmy jak ten biedny Frodo, który pod koniec wędrówki widział tylko Pierścień i nie umiał odczuwać nic innego prócz jego pokusy. Strasznie mi brakuje takich rozmów o pięknych rzeczach. Trochę się wręcz boję, że zapomniałam, jak się je prowadzi. Ja wiem, że to nie priorytet, ale… Tak chociażby dla zachowania minimalnej higieny psychicznej chyba warto tę umiejętność podtrzymywać.

~~~~

Jest taki jeden cytat we Władcy Pierścieni, który właściwie podsumowuje wszystkie moje nieskładne przemyślenia tu spisane. Mogłabym sobie oszczędzić pisania i po prostu go wkleić, gdyby nie fakt, że strasznie się on wytarł od nadużywania na portalach z memami i wszelkiego rodzaju blogach książkowych. Przy czym nie mam zupełnie pretensji do tych portali i blogów: to jest bardzo dobry cytat, ciężko się powstrzymać od jego nadużywania. Sama też to zrobię, nawet jeśli ryzykuję przy tym stoczenie się w banał.

– Wolałbym, żeby się to nie zdarzyło akurat za mojego życia – powiedział Frodo.

– Ja także – odparł Gandalf. – Podobnie, jak wszyscy, którym wypadło żyć w takich czasach. Ale nie mamy na to wpływu. Od nas zależy jedynie użytek, jaki zechcemy zrobić z darowanych nam lat.

Zaiste, to mogłaby być mantra XXI wieku. Fajnie by było, gdyby osoby decyzyjne w sprawach politycznych wzięły ją sobie bardziej do serca, ale cóż. Chyba musimy sobie radzić z tym sami, w takim zakresie, w jakim jest to możliwe.

____________

[1] Gdy pisałam te słowa, miałam na myśli głównie rozp…l w Polsce, ale w międzyczasie talibowie przejęli władzę w Afganistanie, ech. Boję się, co będzie dalej.

[2] Chociażby w wywiadzie ze Stop Bzdurom, gdzie Łania w dość minorowym tonie stwierdza, że najważniejsze jest spędzanie czasu razem, bo i tak wszystko je…e. Z kolei Catus Geekus pyta na instagramie, co jeszcze można zrobić w sprawie staczania się Polski i czy już oczekuje się od niej działań nielegalnych, bo legalne nie działają (żeby nie było, to jest dobre pytanie). To przykłady z takich publicznych wypowiedzi, natomiast mogę powiedzieć, że w kręgach prywatnych wszystkie te tendencje są tak ze sto razy mocniejsze.

[3] Decyzja wydawcy, by podzielić WP na trylogię była genialna zarówno z punktu widzenia marketingu, jak i czytelniczej wygody (dźwiganie 1200 stronicowego tomu nie jest specjalnie fajne, bez względu na to, co nasze snobistyczne móżdżki nam wmawiają), no ale jednak przy rozważaniach literaturoznawczych widać, że to jest jeden tekst, a nie trzy.

[4] Bardzo fajnie ten wątek rozwinęli fani na tumblrze, więc pozwolę sobie odesłać do posta https://the-other-anaander.tumblr.com/post/658102412830244864/yooooo-so-i-literally-wrote-a-20-page-english

[5] Orkowie mają świetnie napisane te dialogi, i świetnie są przetłumaczone. A i tak wypadają mniej plugawie niż wykop.

__________

Autorka ilustracji pochodzi z Czech i ma super warsztat, jeśli chodzi o różnego rodzaju efekty świetlne. Można ją śledzić na instagramie, tumblrze, deviantarcie i facebooku. Zdjęcie tytułowe własne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s