RAPORT Z PRZESŁUCHANIA: MÅNESKIN – TEATRO D’IRA VOL. 1

Powiedzieć, że ostatnio Måneskin robi furorę w Polsce, to nic nie powiedzieć. Od wygrania Eurowizji włoski zespół o duńskiej nazwie zdobywa serca i wzbudza kontrowersje. Bo to takie kontrowersyjne, rozumiecie, faceci się całują i jeszcze tęczę wspierają (oczywiście sarkazm). Najprawdopodobniej ludzie, których to oburza, bardzo starannie wypierają ze swoich umysłów wszystko, czego się mogli dowiedzieć o Freddiem Mercurym z filmu „Bohemian Rhapsody”…

Ale dobra, nie wchodźmy w złośliwości, tylko zajmijmy się czymś przyjemnym. Muzyką może? Bo jednak w tym całym medialnym zamieszaniu o muzyce włoskiej grupy nie mówi się za dużo. A tę lukę wykorzystują różnego rodzaju marudy i niszczyciele dobrej zabawy, by z pozycji ekspertów przemawiać „A bo Måneskin jest sławne tylko przez wokalistę i tęczową otoczkę, a muzyką nikt się nie interesuje, a w ogóle to oni grają ch…”.

Powiem tak: marudy nie mają racji 🙂 Zacznę od tego, że sama zwróciłam uwagę na ich muzykę zupełnie nie wiedząc, że to właśnie zwycięzcy Eurowizji… Po prostu przypadkiem usłyszałam ich kawałek w radiu i najpierw pomyślałam „o, zespół rockowy” a potem „o, śpiewają po włosku, interesujące”. I dopiero gdy dostrzegłam na wyświetlaczu nazwę i ją sprawdziłam, połączyłam fakty. Tak przesłuchany singiel zachęcił mnie do sięgnięcia po cały album, Teatro D’Ira (Teatr Gniewu) Vol 1., który ukazał się na rynku jakoś w marcu tego roku.


O warstwie brzmieniowej Włochów powiem tyle: jest okej. Nie nazwałabym jej z pewnością oryginalną ani specjalnie skomplikowaną. Nie chcę wam tutaj kłamać i przedstawiać zespołu jako nie wiadomo jakie objawienie na scenie rockowej. Ale w sumie co z tego, kiedy słucha się przyjemnie? Thomas, gitarzysta ładnie się buja pomiędzy inspiracjami „brytyjskimi” a stoner rockiem, przeplatając riffy miłymi dla ucha ozdobnikami. Brzmienie jego gitary bardzo mi się momentami kojarzyło z Queen of The Stone Age), Basistka, Victoria, fajnie wychodzi na pierwszy plan w piosenkach „Lividi sui gomiti” i „For Your Love” (w innych piosenkach niestety jakoś jest schowana na tyłach miksu). Perkusji w wykonaniu Ethana nie można zarzucić nic, facet ewidentnie dobrze się bawi i też lubi co jakiś czas zarzucić ozdobnikiem lub urozmaiceniem rytmu. Jak na mój gust mógłby to robić zdecydowanie częściej, ale niech im będzie, nie każdy musi od razu grać proga. Najmniej mnie porwał chyba – przepraszam wszystkie osoby fanowskie – wokal Damiano. Nie jest zły, nie psuje kompozycji, ale… No nie wiem, gdyby uznawać wokal za instrument, to Damiano zdecydowanie nie znalazłby się w gronie moich ulubionych wykonawców.

Ale jak wiadomo, wokal nie jest wyłącznie instrumentem, ale też nośnikiem tekstu i emocji. W rozkminach nad tym aspektem albumu natrafiłam na przeszkodę bariery językowej – większość piosenek na Teatro D’Ira jest po włosku, a akurat tego języka niestety włoskiego nie znam. Musiałam wspomagać się Google Translate i ekspertyzą narzeczonego, który włoski ogarnia, a i tak raczej domyślam się znaczeń utworów, niż jestem ich pewna… Tak więc jeśli się mylę w interpretacjach, to mi powiedzcie.

Pewna jestem jednego: utwory napisane po angielsku mą zdecydowanie najsłabsze teksty. Zarówno „I Wanna Be Your Master” jak i „For Your Love’ to wariacje na temat „kocham cię, pragnę cię, też mnie pragnij, zróbmy to”. No cóż, tematy miłości i seksu są uniwersalne i nic dziwnego, że wiele osób chce o nich śpiewać… Ale chyba właśnie dlatego jakoś mnie te piosenki znudziły lirycznie. Okej, podobno „I wanna Be Your Master” jest odbierane jako pochwała queerowego spektrum miłości i różnych seksualności (źródło: fejsbuki). Ja tego za bardzo nie słyszę w samym tekście i myślę, że tu raczej na interpretację wpływa performans zespołu na scenie 🙂 Albo po prostu nie do końca umiem w queercoding. No ale w świecie rocka to już od dawna nie powinien być kontrowersyjny temat, no… *marudzi w języku idealizmu*

Na szczęście! Zespół – nie wiem, kto dokładnie odpowiada w nim za teksty – zdecydowanie rozwija pisarskie skrzydła w swoim matczynym języku. Zresztą to nawet widać na pierwszy rzut oka, te włoskie teksty są dużo gęstsze i bardziej urozmaicone Singiel „Zitti e buoni” i „Lividi sui guomi” porywają swoim słowotokiem o inności i buncie wobec mainstreamu. To też jest jeden z typowych tematów w muzyce rockowej, ale jakoś tak wydaje się opisany z większą lekkością i zarazem z większym gniewem, niż te piosenki miłosne. „La Paura del Buro” ma w słowach coś maniakalnego, co dobrze pasuje do naszych czasów wiecznego przesycenia wrażeniami. Według zespołu jest to piosenka o relacji artystów z muzyką i całym tym biznesem, ale myślę, że da się też tu wykroić coś bardziej uniwersalnego. Power ballada „Vent’anni” to taki gorzki prztyczek w nos wszystkim, którzy lekceważą młode pokolenie ze względu na wiek i brak doświadczenia… Niestety, ten temat znamy aż za dobrze w Polsce. I nie tylko w Polsce, połowa dyskursu wobec zmian klimatu czy praw LGBTQ obraca się wokół umniejszania młodych osób i ich kompetencji poznawczych.

Z piosenką „Il Nome del Padre” mam trochę problem, jeśli chodzi o interpretację. Motyw religijny jest tu niewątpliwie użyty w sposób prowokacyjny, ale jak on się łączy z calością? Jest tam coś o „byciu w odległości dłoni z dala od mojego tyłka”, jest bardzo dużo bluzgów… W ogóle oni nieźle klną na tym albumie, jestem pod wrażeniem włoskiego repertuaru wulgaryzmów. Ale no właśnie, o co tu chodzi? W tej chwili najbardziej czuję tę barierę językową. Komentarze odautorskie wskazują po prostu na bunt wobec presji wywieranej na zespół, ale jakoś mam poczucie, że może tam być coś więcej. Albo po prostu bym chciała, by było coś więcej.

Na sam koniec zostawiłam delikatną balladę „Coraline” (niestety nie jest to aluzja do Gaimana). Ze wszystkich piosenek na albumie ta poruszyła mnie najbardziej. Mówi ona o dziewczynie, tytułowej Koralinie, której początkowa życzliwość i ciekawość wobec świata zostaje zniszczona i zostają jej tylko lęki i depresja. Widzę w tym odbicie tej tendencji do wychowywania osób AFAB na „grzeczne dziewczynki”, uległe i pomocne, co w świecie późnego kapitalizmu w zasadzie gwarantuje przeżycie… w najlepszym razie wielu rozczarowań. Jest mi to bliski temat i cieszę się, że znalazł się na tej płycie. Łamie on takie rockowe decorum, które sugeruje domyślną perspektywę jako męską.

Jak widać, moje wrażenia co do warstwy tekstowej są raczej pozytywne… I przesycone żalem, że nie znam włoskiego i muszę polegać na półśrodkach. Ale z drugiej strony naprawdę się cieszę, że zespół nie tworzy wyłącznie po angielsku. Zawsze warto przełamywać tę dyktaturę kultury anglo-amerykańskiej, językowa i kulturowa różnorodność też jest wartością. Cieszę się też – tutaj powrócę do kwestii dźwiękowych – że dzięki sukcesowi Måneskin rock znowu przebił się do szerszej publiczności. Mimo wszystko zostałam wychowana na gitarowym graniu i po prostu jak słyszę taką muzykę w radio, to od razu mi milej na duszy.

Okej, to miał być krótki tekst… Nie wyszło. Zróbmy więc błyskawiczne podsumowanie w przystępnej formie.
– Czy muzyczki się miło słucha? Tak.
– Czy teksty są ciekawe? W 75% tak (może to magia obcego języka, ale chyba nie tylko).
– Czy poruszają ważne tematy? Na pewno wokół nich krążą.
– Czy ten zespół zrewolucjonizuje scenę rockową? Raczej nie, ale może przypomnieć o jej potencjale do robienia rozróby.- Czy to fajnie, że rock znowu się znalazł w ścisłym mainstreamie? Tak.
– Czy marudy i niszczyciele dobrej zabawy mają rację w swojej krytyce Måneskin? Nie, po prostu marudzą, nie przejmujcie się nimi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s