NIE-JA I KULTURA (ZAPISKI Z 3 NAD RANEM)

[tekst mojego autorstwa, opublikowany na fp Krytyka Kolektywna]

Ile idei i opinii, które obecnie wydają się absolutną podstawą naszego myślenia, tak naprawdę wpadło nam do głowy jedynie dzięki przypadkowemu spotkaniu z jakimś tekstem kultury? Czy gdybyśmy nie mieli z nimi styczności – albo mieli styczność z innymi – to nie bylibyśmy sobą? I co właściwie kryje się pod tym, co uważamy za swoje ego?

Niedawno zrobiłam sobie osobisty mikroprojekt spod znaku „weryfikacja lubianych tekstów kultury z dzieciństwa”. Rezultat tego eksperymentu dość mocno wpłynął na moją psychikę, ale z innego powodu, niż się spodziewałam. Naprawdę nie sądziłam, że tak wiele motywów, które obecnie uważam za ważne części mojej osobowości znajdowało się właśnie w tych tekstach. Na początku zareagowałam na to ironicznymi śmieszkami-heheszkami, takie „patrzcie, ile mała Asia była sobie w stanie zinternalizować z jednej książki”. Ale…

Na pewno znacie taki stan, gdy jesteście wieczorem super zmęczeni/zmęczone i właśnie dlatego nie możecie zasnąć, bo wszystko was boli i każde ziarnko grochu (albo nawet kurzu, jak grochu brakuje) pod materacem przeszkadza. Z reguły mózg uznaje taki moment za idealny, by zacząć prowadzić rachunki sumienia i zadawać wielkie pytania, na które nie ma odpowiedzi, ale z pewnością nie pomagają nam zasnąć. Właśnie jednego takiego wieczoru mój śmieszek-heheszek o internalizacji przerodził się w całkiem rozwinięty kryzys egzystencjalny. Owszem, zdaję sobie sprawę z jego absurdalności (to przecież jest kwintesencja problemów uprzywilejowanego pierwszego świata), ale o trzeciej w nocy mój mózg niespecjalnie umie czerpać pociechę z tego faktu. Woli męczyć mnie przemyśleniami, że nie jestem osobą z charakterem, tylko kolażem fajnych idei przykrywających pustkę.

Nie są to bynajmniej przemyślenia wyjątkowe, ba! Mają nawet swoją reprezentację popkulturową, co tylko czyni wszystko bardziej zakręconym i meta 🙂 Ot, chociażby popularny ostatnio serial „Euforia” porusza bardzo podobny temat. Myślę tutaj o pewnym konkretnym momencie z drugiego odcinka specjalnego:

– Naprawdę uważasz, że całe twoje istnienie, w sensie fizycznym i emocjonalnym, jest aż tak reaktywne?
– To znaczy?
– Sądzisz, że nie widzę i nie rozmawiam z Jules? Tylko z awatarem, który stworzyła w odpowiedzi na sygnały ze świata?
– Tak. Nie no, ja tu jestem. Ale pani widzi miliony warstw innych ludzi, których się chwytałam w ciągu całego życia. I to jest, no, przerażające.

W tym dialogu nie ma nic o kulturze, a kontekst całej rozmowy jest mocno osadzony w wydarzeniach serialu oraz w konstrukcji tej konkretnej postaci (bez spoilerów!). Wydaje mi się jednak, że to wrażenie „o cholera, w sumie jestem jakimś przypadkowym zlepkiem rzeczy” akurat zostało przedstawione dość uniwersalnie. I tak, jest ono cholernie przerażające.

Nawet nie chodzi mi w tym przerażeniu o jakąś tęsknotę czy też próbę uganiania się za mistycznym „prawdziwym ja”, zwłaszcza, że nawet nie mam pewności, czy ono istnieje. W każdym razie ja niespecjalnie wierzę w taki koncept. To, co naprawdę mrozi mi mózg, to właśnie pewnego rodzaju przypadkowość, jaką w tym wyczuwam. Zresztą całe życie jest sprawą dość losową i za każdym razem, kiedy myślę o wszystkich „co gdyby” i „a jeśli” warunkujących samo moje – albo w ogóle wszystkich ludzi, którzy żyją konkretnie tu i teraz – pojawienie się na ziemi, to nie wiem, czy mam się zachwycać cudem „o rety, jestem tu, w sumie tak jakby dosłownie wygrałam życie”, czy mam drżeć ze strachu nad kruchością ludzkiego istnienia. Ale okej, sama przypadkowość egzystencji jeszcze jest do zniesienia. Dużo trudniej jest zaakceptować fakt, że na jej kształt mogło mieć wpływ coś tak nieistotnego w skali kosmicznej jak przeczytanie książki X lub obejrzenie serialu Y w dzieciństwie.

A jednak, kurczę, mogło.

Jak teraz o tym myślę, to XXI-wieczna cywilizacja globalna [1] jest okrutnie wręcz przesycona opowieściami, i jakoś nic nie wskazuje, by coś się w tej kwestii zmieniło. Wiem, że w sumie to dość banalna obserwacja, a z drugiej strony chyba taka budowa świata stała się dla nas tak przezroczysta, że bierzemy ją za pewnik. Ludzie od zawsze kochali opowieści – ale chyba nigdy wcześniej nie było tak, że mogli spędzić w nich całe życie. A teraz? Wszystko ma pewną fabułę lub narrację, a jeśli jeszcze jej nie ma, to niedługo będzie miało.I jakkolwiek bym nie kochała tego fikcyjnego multiwersum stworzonego przez biliardy ludzi na przestrzeni tysięcy lat, jakkolwiek bym nie podziwiała naszego gatunku za chęci i umiejętności tworzenia piękna z niczego… tak jednak dręczy mnie poczucie, że przekroczyliśmy pewien punkt, w którym to już nie my mamy kontrolę nad tymi historiami, tylko te historie mają kontrolę nad nami.

Spokojnie, wiem, że w pewnym sensie było tak zawsze. Ostatecznie religia, polityka i ekonomia też są narracjami, a te koncepty towarzyszą nam od początku cywilizacji. Mimo wszystko jednak mam poczucie pewnej zmiany. Może to sama kwestia skali, bezprecedensowego chóru opowieści z całego świata, który ciągle rośnie? A może chodzi o pewną samoświadomość, jaką kolektywnie nabył gatunek ludzki w kwestii wpływu narracji… i która tak naprawdę nic nie zmieniła, bo wciąż im się poddajemy? Paradoksalnie może to właśnie ten brak zmiany jest najbardziej zadziwiający?

Nie wiem, jak odpowiedzieć na te pytania i czy w ogóle są one właściwie postawione. Ale im dłużej siedzę nad tym problemem, tym mniej widzę siebie i innych – niech będzie, że symbolizowanych przez bohaterkę „Euforii”, Jules – jako zlepki, a bardziej jako… całe wszechświaty. Nie wierzę, że istnieją ludzie całkowicie odporni na internalizację głosów z zewnątrz: czy to wyrażanych poprzez słowo pisane i mówione, czy też bezpośrednio przez inne żywe i oddychające osobniki naszego gatunku. Myślę, że każdy z nas miał takie momenty, gdy chwytał się pewnych narracji i głosów, świadomie bądź nie. I choć zbyt długie i głębokie rozmyślanie nad tym może się skończyć pewnego rodzaju egzystencjalną paniką – zwłaszcza w noce, gdy jest się bardzo zmęczoną, ale wszystko boli i nie można spać [2] – to jednak prędzej czy później warto przynajmniej przyjąć do wiadomości, że ten wszechświat zróżnicowanych i często sprzecznych głosów gdzieś tam siedzi. Może ma wpływ na naszą świadomość, może niekoniecznie. Chodzi mi tu o sam fakt dopuszczenia możliwości istnienia tego wszechświata. Na co dzień większość z nas ma tendencję do uznawania samych siebie za, hm, pewnego rodzaju jednolitą całość. Po prostu tak jest wygodniej. Ale jeśli przyjmiemy inną optykę, optykę wielości, to może będzie nam łatwiej pogodzić się z tymi cechami, których samych w sobie nie lubimy? Albo zmienić ciążące nam przekonania?

Gdy w grę wchodzą sformułowania takie jak „zmiana ciążących przekonań”, to nagle atmosfera robi się bardzo… poważna. Ale akurat teraz, pisząc te słowa, myślę o tych wszystkich nieistotnych wojenkach i sztucznych problemach, dziejących się w Internecie i innych przestrzeniach kulturowych. Od razu uściślę: nie mam tu na myśli dyskusji o polityce i społeczeństwie, ani kulturalnych wymian opinii (pop)kulturowych, z których wszyscy są zadowoleni. Chodzi mi natomiast o absolutnie niepotrzebne kłótnie typu „karasie jedzą gówno” [3]. Ujmę to tak: jeśli nigdy nie skomentowaliście niczyich wyborów modowych ani nie kłóciliście się przez trzy dni o to, czy „Joker” jest dobrym filmem (been there, done that), to bez cienia ironii gratuluję. Jesteście szlachetni, a małostkowość jest wam obca. Stety-niestety, większość z nas nie może się czymś takim pochwalić. A takie bicie piany ma swoje koszty: te widoczne, ale też te ukryte.

Widocznym kosztem, oczywiście, są nerwy. Okazuje się, że nawet teraz, w obliczu pandemii i politycznej degrengolady, wielu ludzi wciąż najbardziej interesują różnego rodzaju popkulturowe odpowiedniki memicznego „karasie jedzą gówno”. Na życzenie mogę przedstawić listę przykładów: uwierzcie mi, jest długa. Nawet jeśli nie bierzemy udziału w takich przepychankach, to samo bycie ich świadkami zabiera radość i siły, przez co dużo trudniej jest radzić sobie z pandemią i polityczną degrengoladą, o zmianach klimatu już nie wspominając. Ale nie sięgajmy od razu tak daleko: czy nie lepiej zamiast pisać trzy dni o nielubianym „Jokerze”, obejrzeć nowy, potencjalnie lepszy film?

Niewidocznym – a raczej nieuświadomionym – kosztem jest olbrzymia ilość cyfrowych śmieci, reliktów negatywnych emocji, które krążą po sieci i odwracają uwagę, utrudniają dostęp, jednym słowem: przeszkadzają w zajmowaniu się istotniejszymi problemami. Między innymi dlatego media społecznościowe stanowią dla wielu osób tak bardzo piekielne doświadczenie: sztuka, rzeczy konstruktywne – albo nawet po prostu przyjemne, bo przyjemność też bywa konstruktywna – mieszają się na nich z karasiami i gównem. I nie dość, że bardzo ciężko oddzielić te rzeczy, to jeszcze ich oddzielanie grozi zamknięciem się w bańce informacyjnej, a to też nie jest optymalne rozwiązanie.

Na fali mojego „kryzysu egzystencjalnego” zaczęłam bawić się takim pomysłem: możliwe, że ludzie przejmują się tego typu konfliktami, bo nie zdają sobie do końca sprawy ze swojego wewnętrznego wszechświata. Jeśli z jakiegoś powodu mają wrażenie, że ich opinia o „Jokerze” jest powiązana z konceptem ich spójnej, jednolitej tożsamości… to jasne, wynikające z tego emocje – w zależności od waszego zdania, pozytywne lub negatywne – są w tym kontekście logiczne. Ale z zewnętrznej perspektywy robienie wokół filmu zbyt wielkiej wojny prowadzi tylko do nerwów i dokładania cegiełek do zatruwania wspólnej przestrzeni internetowej.

Chyba lepiej w takiej sytuacji pomyśleć sobie: okej, ten „Joker” z jakiegoś powodu do mnie przemawia albo przeciwnie, całkowicie mnie odrzuca, nawet nie muszę tego racjonalnie wyjaśniać, jeśli nie chcę, ale jednak wciąż stanowi on tylko jeden głos w chórze wewnętrznego wszechświata. Ani nie jest jedynym głosem, ani też nie jest tożsamy ze wszystkim, co myślę i czuję, choć czasem wydaje mi się inaczej. A na dodatek nie ma pewności, czy mój umysł nie przefiltrował tego filmu i nie stworzył jego odbicia na swoje własne, wewnętrzne potrzeby.

To brzmi jak dość kontrintuicyjny sposób myślenia o sobie i o swoich relacjach ze światem. Sama stosuję – a raczej staram się, nawyki ego ciężko jest zwalczyć z dnia na dzień, zwłaszcza gdy inby tak bardzo kuszą – go od niedawna i jeszcze nie wiem, czy stanie się on moją domyślną filozofią na przyszłość, czy też bardziej traktować go jako eksperyment myślowy. Ale na pewno pomógł mi z moją, haha, paniką na tle egzystencjalnym. W pewnym sensie łatwiej jest mi myśleć o sobie jako o pewnej wielości: przynajmniej dzięki niej mam wybór i mogę zawsze wybrać taki sposób myślenia czy też postępowania, który na obecną chwilę i stan wiedzy wydaje mi się najsłuszniejszy. A te inne? Zdaję sobie z nich sprawę i staram się, żeby nie robiły krzywdy mi i innym. Zarówno w tej małej skali, o której się tu tyle rozpisałam, jak i w tej nieco bardziej… istotnej. Póki nie robią, to cóż, trzymam się myśli, że nie są całą mną i mnie nie definiują [4]. Więc chyba wszystko jest w porządku. Przynajmniej do następnej bezsennej nocy.

____________________________________

[1] Poprzez globalność mam na myśli wszystkich ludzi, którzy są podpięci do późnego kapitalizmu: czy to poprzez system polityczny i społeczny, w jakim żyją, czy to poprzez dostęp do Internetu, czy też przez jakąś mieszankę tych czynników.

[2] Na panikę może pomóc myśl, że w sumie istnieje piękna symetria między wielogłosem w naszych umysłach a tym w naszych ciałach. Ostatecznie nasze ciała to w dużej mierze różnego rodzaju bakterie i inne żyjątka żyjące w nas i na nas (moi ulubieńcy to chyba nużeńce), a skoro umysły też traktujemy jako siedlisko różnych istot o naturze konceptualno-memicznej… Widzicie to? Symetria dwóch mikrowszechświatów – tego w ludzkim ciele i tego w umyśle… Okej, jednak ta myśl niespecjalnie uspokaja, lol.

[3]https://booklips.pl/…/moj-stary-to-fanatyk-wedkarstwa…/

[4] Sięgając po literaturę bardziej, hm, filozoficzną, mogę powiedzieć, że w tej chwili znajduję olbrzymi komfort w odczuwaniu siebie jako Harawayowskiej cyborg. Aczkolwiek hmmm, cyborgi u Haraway wydają się odrobinę bardziej beztroskie niż ja to mam w zwyczaju, ale i tak czuję, że jeśli chodzi o fragmentaryzację i autorekonstrukcje, to bym się z nimi dogadała.

Jedna uwaga do wpisu “NIE-JA I KULTURA (ZAPISKI Z 3 NAD RANEM)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s