MELANCHOLIE OSOBISTE (ROZKMINY/ ZAPROSZENIE DO DYSKUSJI)

Niedawna wymiana komentarzy z kolegą od pisanka na FB – pozdrawiam Bridge to the Neverland – przypomniała mi, jak wiele jest rodzajów i rozumień tego wielkiego pojęcia, jakim jest MELANCHOLIA. Niby powinnam to wiedzieć, biorąc pod uwagę, że napisałam bite sto stron magistra, a opisałam w nim tylko trzy rodzaje, ale jednak… W codziennym zamieszaniu łatwo zapomnieć, że osobiste odczucia niekoniecznie przekładają się na jakąś uniwersalną prawdę. (Swoją drogą to jest coś, o czym powinno pamiętać się w wielu innych kwestiach życiowych).

Jestem bardzo ciekawa, jak wyglądają wasze melancholie osobiste i momenty, w których czujecie ją najpełniej… Piszę o tym tak, jakby to był fajny stan, hm. Właśnie sobie zdałam z tego sprawę. To może zatrzymajmy się przez chwilę na tym aspekcie sprawy, a potem wrócę do przerwanego toku myśli…Wielokrotnie powtarzałam, że samo słowo „melancholia” ma obecnie bardzo dużo znaczeń nadanych przez bieg historii. Może być rozumiana jako synonim słowa „depresja”, jako pewien koncept emocjonalny ukształtowany przez historię i kulturę, czy też po prostu jako wewnętrzny smętek na jakimś tle, czy to religijnym, czy egzystencjalnym, czy jeszcze coś innego. Osobiście nie jestem fanką stosowania „melancholii” i „depresji”, głównie ze względu na mocny nacisk na kwestie medyczne zawarte w tym drugim terminie… A mieszanie medycyny, historii i sztuki to prosta droga do romantyzacji i wszystkich niefajnych rzeczy z tym związanych. Dlatego gdy mówię o melancholii, mam na myśli albo ten koncept historyczny, albo pewne konkretne nastroje, które jednak nie stanowią stałej, hm, przeszkody w życiu. Zdecydowanie nie chcę narzucać tej interpretacji wam, jeśli nie jest dla was wygodna. Po prostu wolę wyjaśnić swoje podejście, żeby nie wywołać nieporozumień, o czym właściwie mówimy.

Właśnie te nastroje ciekawią mnie w tym momencie najbardziej. Jak funkcjonuje smutek, który jest czymś więcej niż reakcją na smutne rzeczy? I czy jest to stan, który przynosi nam jakieś korzyści, czy też stanowi jedynie szkodliwy efekt toksycznego przekonania, że smutek w jakimś sensie jest cool? (Nie ma co ukrywać, duża część tekstów kultury konstruuje taki obraz i mimo rosnącej świadomości w tym temacie ciężko jest się całkowicie uwolnić od tego wpływu). Osobiście uważam, że obie te odpowiedzi mogą okazać się prawidłowe w zależności od kontekstu. Z jednej strony tak, melancholia może prowadzić do zbytniego pieszczenia się ze swoim ego – kto tego nie doświadczył, niech pierwszy rzuci kamieniem… *trzyma ręce w kieszeniach* Z drugiej jednak jest coś bardzo potężnego w tym odczuciu i prawdę mówiąc, ciężko mi się dziwić artyst(k)om zafiksowanym na tym temacie.

Jeśli chodzi o moje osobiste odczuwanie melancholii, opisałabym ten stan jako pewnego rodzaju nagłe zatrzymanie się nad kruchością świata… Takie połączenie ataku zachwytu z głębokim zrozumieniem „to tylko jedna z wielu chwil w czasie, to wszystko i tak PRZEPADNIE”. Często dopada mnie to na spacerach, nieco rzadziej w czasie podróży. Nie wiem do końca, od czego to zależy: jakieś odpowiednie dopasowanie wrażeń wizualnych ze słuchowymi (często się wzruszam przy muzyce, wiem, zaskakujące) sprawia, że po prostu nagle cały świat wydaje mi się chwiać nad przepaścią i jest w tym absolutnie przecudowny. Zdecydowanie „pomaga” w tym obserwacja natury i zachodzących w niej zmian – zarówno tych przewidywalnych, odmierzanych porami roku, jak i tych niespodziewanych, wywołanych działalnością człowieka czy też zawirowaniami pogody. Jeśli się nie chcę rozpłakać na środku ulicy… Co mi się ze dwa razy zdarzyło, przyjmuję wszystkie żarty o emo, jakie macie… To muszę wspiąć się na jakieś mentalne góry zen, które z reguły w ogóle mnie nie interesują. Myślenie o japońskich koncepcjach okołomelancholijnych, zwłaszcza „mono no aware”[1], mi w tym pomaga: pozwala mi odnaleźć jakikolwiek kontekst dla swoich odczuć.

Powyższy akapit jest mocno osobisty i zapewne przez to niestrawny dla wielu osób… Mam jednak cichą nadzieję, że pozwoli on otworzyć się wam i napisać, jak wy odczuwacie melancholię i co właściwie dla was oznacza to słowo. Naprawdę mnie to ciekawi: po części ze względu na moje, hmm, „akademickie” zacięcie – pod pewnymi względami moja magisterka otworzyła we mnie wrota do otchłani i już nigdy nie przestanę badać tego tematu, nie tak do końca. Ale przede wszystkim kryje się też za tym taka chęć poznania was, drogie osoby czytające tę notkę. Okej, może powinnam zacząć od pytania o ulubione kolory i rodzaje pizzy. O nich też chętnie posłucham 🙂 Chętnie zobaczę zarówno wasze komentarze, jak i dłuższe wypowiedz, które mogłabym „przedrukować” u siebie na blogu (wyobrażam to sobie jako taką mikroserię wpisów, ewentualnie połączonych z odcinkiem czy dwoma audycji). Ale jeśli ktoś nie chce publikować swoich przemyśleń publicznie, a mimo to chciałby się czymś podzielić w prywatnych wiadomościach, to też bardzo chętnie poczytam i podyskutuję. Może z tego zbioru osobistych melancholii urodzi się coś ciekawego, zobaczymy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s