10 piosenek o miłości na czas pogardy

Mniej więcej dwa miesiące temu dopadł mnie na facebooku taki oto łańcuszek:

10 dni, 10 piosenek o miłości najlepiej ociekających miłością wyjątkową, niestereotypową, dobrą i ponad podziałami! Z każdym dniem, w kwestiach tolerancji i równości wobec drugiego człowieka w naszym kraju dzieje się coraz gorzej. Stajemy w jednym szeregu z pseudodemokratyczną totalitarną Rosją. Zaspamujmy fb czymś pozytywnym i nagłaśniajmy sprawę. Pokażmy że trochę nas jest.

Wprawdzie nie jestem szaloną fanką wszystkich sformułowań w tym łańcuszku – na przykład jaką sprawę miał on właściwie nagłaśniać? Czyżby ktoś bał się napisać wprost? I ja rozumiem, że porównanie do Rosji jest takim straszakiem, ale czy pełniło tu jakąś większą funkcję, czy właśnie miało straszyć liberałów – ale wezwanie do pisania o miłości „wyjątkowej, niestereotypowej, dobrej i ponad podziałami” jednak jakoś mnie ruszyło. Zwłaszcza tej niestereotypowej, nie zatrutej toksycznymi zachowaniami (tak rozumiem słowo „dobra” z łańcuszka) czy też po prostu takiej, która ucieka z powszechnego dyskursu. Tak dla normalizacji i pracy u podstaw! Zwłaszcza teraz, gdy w Polsce nam się rozwinął – pardon my French – czas pogardy na pełnej kurwie.

Dodatkowo przemówił do mnie pewien aspekt wyzwania w tym… wyzwaniu. Przyznam się bowiem szczerze, że nie przepadam za piosenkami miłosnymi. Możliwe, że mój odbiór takich utworów nie jest w pełni obiektywny, ale mam wrażenie, że większość miłosnych hitów jest albo cukierkowa, albo toksyczna, albo stanowi przepracowanie rozstania w duchu „buhu, cry me a river”. Właśnie dlatego jednak to wyzwanie wydało mi się atrakcyjne: to w końcu dobra okazja do zebrania piosenek, które stanowiłyby kontrę do tego „stereotypowego” wizerunku.

Przedstawię wam mój wybór 10 piosenek o miłości. Starałam się, by były niestandardowe. I miały przekaz, którego potrzebujemy w 2020 roku. Nie wiem, czy mi to wyszło, ale wydaje mi się, że jest to całkiem ładna kolekcja. Choć zdaję sobie sprawę, że nieidealna.

*******

Dzień 1. Aurora „Exist for Love”

Akurat gdy zaczynałam wyzwanie, wyszedł nowy singiel od Aurory o tematyce miłosnej. Choć sama Aurora jest biseksualna, opisywane w tym utworze uczucie wydało mi się dość heteronormatywne. Postanowiłam jednak zacząć wyzwanie od tej piosenki z kilku powodów. Pierwszy: Aurora jest absolutnie magiczna i należy jej się większa popularność. Drugi: no cóż, nawet jeśli akurat tematem tej piosenki jest taka „domyślna” miłość romantyczna, to wciąż promowanie jej jest zwiększaniem widoczności osób queer… Nie? A po trzecie, bardzo podoba mi się kontekst, w jakim Norweżka osadza swoje wynurzenia. Pierwsza zwrotka zaczyna się od słów „Mówią, że mężczyźni / z kobietami idą na wojnę / Nigdy wcześniej się tak nie czułam / Wiedziałam, że nie mogę”. Nie mam tu żadnych wątpliwości: to musi się odnosić do tych wszystkich wojenek, które smutni ludzie próbują wykreować wokół „dżenderów”. Bardzo mi się podoba rozbrojenie tej toksycznej narracji, jakoby dwie główne płcie miały toczyć ze sobą nieustającą wojnę. Z kolei drugą zwrotkę otwiera wers: „Nie wyobrażam sobie, jak to jest / Gdy ktoś zabrania ci miłości”. Z jednej strony jest to z pewnością pewne uznanie własnego przywileju – Norwegia wydaje się być super krajem dla mniejszości seksualnych, a poza tym związki heteronormatywne z wiadomych względów mają łatwiej – a z drugiej potwierdzenie tego, co dla moich czytelniczek_ów jest raczej jasne: zabranianie komukolwiek prawa do swojej orientacji jest nie-do-pusz-czal-ne.

Dzień 2. basnia „My Only Religion Is Love”

Tłumaczenie tekstów jest trudne :< Ale wiem, że nie każdy ogarnia angielski na pierwszy rzut oka, więc wybaczcie mi, w tej notce będzie sporo nieco krzywych przekładów. Normalnie bym pewnie spędziła tydzień, żeby je wygładzić, ale teraz dużo bardziej mi zależy na zrozumiałości niż na artyzmie, chociaż z drugiej strony nie jestem w stanie zaserwować tu chamskiego tłumaczenia „jeden do jednego”. Aaaaaa.

Tekst mówi sam za siebie. To jest hymn ludzi po jasnej stronie Mocy, jakiego teraz potrzebujemy. Cała płyta zresztą taka jest, i w ogóle jeśli ktoś potrzebuje „lewackiego” gotyku w swoim życiu, to bardzo ten zespół polecam. Już nie mówiąc o tym, że to jedyna polska grupa w moim zestawieniu, tym bardziej zasługuje na wsparcie ^^

Dzień 3. Zola Jesus „Witness”

ZJ napisała tę piosenkę dla wuja w głębokiej depresji. Ja ją dedykuję wszystkim przyjaciołom i znajomym, którzy się z tą chorobą zmagają. Jesteście super, kocham was  ❤ Sam utwór jest bardzo wzruszający i zaśpiewany z niesamowitym uczuciem. A do tego ma piękny tekst, ale tutaj trigger warning: piosenka dość wyraźnie mówi o samobójstwie, więc… Sami wiecie, self-care przede wszystkim, jak coś.

Dzień 4. Bjork „The Gate”

Ta piosenka opiera się na dwóch filarach. Pierwszym jest idea leczenia swych wewnętrznych ran i wykorzystywania złych doświadczeń, by pomagać innym („moja wyleczona rana w piersi zmieniła się w bramę, gdzie otrzymuję miłość, gdzie daję miłośc”). A drugim jest wielokrotnie powtarzane słowo „troszczyć się”. Czasami mam takie poczucie, że w głównym nurcie popkultury znika ten element troski, który dla mnie jest… kluczowym elementem każdego możliwego rodzaju miłości.

A dodatkowo jeszcze teledysk kreuje wizję bardzo niestandardowego uczucia. Ostrzeżenie, tam jest coś, co bardzo przypomina seks z robotem 😉 żebyście się nie zdziwili.

Dzień 5. Grace Jones „I’m Crying (Mother’s Tears)”

Bardzo ciekawy utwór. O ile zwrotki stanowią raczej pochwałę matczynego trudu i troski (szczególnie spodobał mi się wers o przekazywaniu zakazanych książek i edukacji), o tyle w refrenie wchodzi ten niepokojący fragment „płaczę łzami mojej matki”. Poniekąd jest to uzasadnione w drugiej zwrotce – najwyraźniej matka była z tych, które przez trudy życia oduczyły się płakać, z drugiej jednak wciąż jest to pewien dysonans i wskazanie, że relacje z rodzicami często są obciążone dziedziczonymi traumami. Mostek tylko potęguje to wrażenie, wplatając wypierane, niechciane myśli matki, z których chyba najmocniejsze wrażenie robi „nie każ mi żałować, że się urodziłaś”. No cóż, matki też są ludźmi i bywają okrutne, zamierzenie lub nie, ten temat jest wart drążenia. Ale ostatecznie jednak w piosence przeważają pozytywne uczucia i zrozumienie.

Dzień 6. The Cure „Lovesong”

Klasyk, no. Przyznaję, bardzo stereotypowy. Nic odkrywczego tutaj nie napiszę poza tym, że ten tekst jest dla mnie najpiękniejszy na świecie.

Dzień 7. „Is Your Love Strong Enough?” How To Destroy Angels

Kolejny klasyk, tym razem wykonany przez moich ukochanych artystów z How To Destroy Angels. Trent Reznor jest dla mnie jedną z osób najbliższych ideału, jeśli chodzi o „celebrytów” (drugą jest Zola Jesus). Uwielbiam to, jak precyzyjnie konstruuje swoją muzykę, co jednak wcale nie odbiera jej spontaniczności i magnetyzmu. No dla mnie jest on ty, czym dla wielu ludzi jest Bowie. Uwielbiam też chłodne brzmienie, do którego sporo dokłada Atticus Ross. A wokal Mariqueen… Ona tworzyła ASMR, zanim to było modne. Tak więc ta konkretna piosenka to bardziej wyraz mojej miłości do artystów niż cokolwiek innego.

Ale ogólnie polecam Nine Inch Nails i Trenta, bo ilość społecznego wkurwu w jego projektach jest totalnie adekwatna do tego, co się teraz dzieje w naszym kraju. Muzyka w sam raz do zawieszania tęczowych flag i tak dalej.

Sekcja problematycznych artystek – niestety jak już pisałam, moja znajomość piosenek o miłości jest na tyle znikoma, że miałam do wyboru albo strzelać gotyckimi erotykami napisanymi przez facetów (typu Massive Attack albo Type O Negative), albo wybrać nieco ciekawsze piosenki od osób dość powszechnie krytykowanych za różne rzeczy. Sorki, wybrałam ciekawsze piosenki… zwłaszcza, że do obu tych artystek mam duży sentyment :< Powiem tylko, że nie włączyłabym tu twórczości kogoś, kogo uważam za absolutnie „nie do odratowania”, no ale wciąż trochę jest mi z tym szaro. Jeśli znacie jakieś rzeczy, które bardziej zasługują na miejsce na tej liście, to wiecie, co robić

Dzień 8. Amanda Palmer „Lost”

W tym utworze temat miłości poruszony jest od innej strony. Zamiast mówić bezpośrednio o tym uczuciu, Amanda opisuje to, jak działa jego utrata, na przykład gdy ukochana osoba zniknie z naszego życia, lub wręcz umrze. Jest to ciężki temat, ale jakoś w tej piosence nabiera dość optymistycznego i nastawionego na nadzieję zabarwienia. Trochę podobnie, jak w najlepszych utworach The Smiths. (I tak, zdaję sobie sprawę, że moje pojęcie optymizmu w piosenkach jest nieco spaczone). Bardzo lubię ten utwór, zawsze poprawia mi nastrój.

no one’s ever lost forever
they are caught inside your heart
if you garden them and water them
they make you what you are

Dzień 9. Emilie Autumn „By The Sword”

Ta piosenka została nagrana jako bezpośrednia reakcja na zamach w World Trade Center. O ile dobrze pamiętam, Emilie przekazała zyski ze sprzedaży singla na pomoc ofiarom. Sam utwór skupia się na kwestii solidarności i szukania wspólnoty. Pomimo otoczki arturiańskiej – a może właśnie dzięki niej, ostatecznie Rycerze Okrągłego Stołu mieli reprezentować wszystkie możliwe cnoty – mam poczucie, że to dzisiaj jest wyjątkowo trafne przesłanie. A poza tym zawsze miałam słabość do dziewczyn-rycerek na białych klaczach.

„But in this brotherhood I still believe
And for the ones we’ve lost my soul will grieve
Yet through the world alone I wander for I know somewhere
I will find my brothers, by the sword I swear”

„Ale wierzę w bractwo wciąż / i żałuję tych, co straciliśmy / lecz przemierzę ten świat sama, bo wiem / że gdzieś znajdę swych braci, przysięgam na swój miecz”

koniec sekcji problematycznych artystek

Dzień 10.

W oryginalnym łańcuszku z okazji dziesiątego dnia zalinkowałam swój wpis o muzycznym filmie „Dirty Computer” Janelle Monáe. Teraz natomiast pozwolę sobie wyszczególnić jeden z utworów z tego filmu, który najbardziej wszedł mi w głowę: PYNK. W pewnym sensie to jest dla mnie absolutnie straszne, bo cała różowo-balonowa otoczka muzyczna, dodatkowo podkreślona przez teledysk, zupełnie nie wpisuje się w to, co lubię w muzyce. A nie ma nic gorszego niż niespecjalnie lubiana piosenka, która chodzi ci po głowie nawet parę miesięcy później 😀 No ale z drugiej strony… This song is queer as efffffff. Cały tekst jest zbudowany na seksualnych aluzjach, zdecydowanie nie heteronormatywnych. A równocześnie Janelle Monáe zawsze urywa wers akurat w takim momencie, by do tekstu nie wkradło się porno, co bardzo doceniam. Na osobną uwagę zasługuje teledysk, który miesza stereotypowe symbole dziewczęcości, black power, girl power i robi z tego niesamowicie przerysowany, a równocześnie szczery w swoim ukochaniu kiczu kolaż. Zarówno piosenka jak i klip bardzo zyskują w kontekście całości filmu. Bardzo polecam (tutaj możecie przeczytać mój wpis na jego temat: klik!)

**********

Na zakończenie powiem jedno: na początku nie planowałam robić całego tekstu z głupiego łańcuszka. Ale naprawdę, to, co się ostatnio dzieje w moim kraju, ZWŁASZCZA w moim mieście (Warszawka pozdrawia), po prostu mnie dobija. Coraz bardziej boję się o bezpieczeństwo moich przyjaciół i bliskich, a co gorsza, zupełnie nie wiem, jak się temu przeciwstawić. Poza tym, co umiem robić, czyli pisaniem i polecaniem rzeczy. Nie wiem, po prostu chcę przypomnieć sobie i innym, że może być lepiej. I że nie cały świat jest pełen nienawiści i pogardy. Może to trochę wołanie na puszczy, ale jakby co, to jestem z wami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s