ROZKMINY: GDY KTOŚ, KOGO PODZIWIAM, OKAZUJE SIĘ PROBLEMATYCZNY…

[1 lipca 2020]

Ostatnio dużo się przyglądam wszelakim internetowym wykwitom problematyczności, które zdają się infekować coraz więcej przyjemnych rzeczy. Mam przedziwne wrażenie, że jest ich coraz więcej i więcej. A może tylko zwyczaje z izolacji dają się we znaki i za dużo siedzę w mediach społecznościowych? Jeśli tak, to chyba nie jestem jedyna, bo niektóre z tych wykwitów docierają wyjątkowo głęboko w moją banieczkę komfortu i rosną tak wysoko, jak w życiu bym się nie spodziewała. Nigdy nie sądziłam, na przykład, że ktokolwiek z moich znajomych pożałuje czytania Harry’ego Pottera. Albo że jeden z większych blogów popkulturowych uzna problemy małżeńskie Amandy Palmer za temat godny wałkowania przez parę ładnych dni. Czuję się z tym dziwnie: zupełnie jakbym się cofnęła w czasy, gdy bycie FANKĄ rzeczy stanowiło potężny procent mojego życia. Tylko że tym razem to ogarnia dużo większe grupy ludzi.

(Nie żebym sama była odseparowana od tego trendu. Od ponad tygodnia śledzę pilnie dramę, jaka wybiła w fandomie Emilie Autumn w związku z jej problematycznym stosunkiem do Black Out Tuesday i konwersacji z czarnymi fanami… Swoim tekstem o śpiącym fandomie chyba wykrakałam jego obudzenie. Ale zdecydowanie nie takiego powrotu oczekiwałam >_>).

I widzę, ile złych emocji to generuje… Nie chodzi mi tu o krytykę problematycznych zachowań. Mimo wszystko wierzę, że konstruktywna krytyka – podkreślam słowo „konstruktywna” – wnosi w świat więcej dobra niż zła. Bardziej mam tu na myśli emocje, które problematyczność wszelkiego rodzaju wzbudza w fanach: smutek, złość, żal, retrospektywny wstyd za lubienie czegoś. To są tak silne emocje, chociaż ich przyczyna może się niektórym wydawać błaha.

Chciałabym przytulić wszystkich znajomych, którzy teraz przeżywają transfobię J. K. Rowling, którzy są rozczarowani postawą dawnych idoli wobec rasizmu, którzy dowiadują się o tym, że kolejny komiksowy autor lub scenarzysta gier jest oskarżony o molestowanie seksualne. Powiedzieć im, że wszystko będzie dobrze, że nie ma się czym przejmować. Ale co by to dało? Jeśli ktoś ma emocjonalny stosunek do dzieł i/lub twórców kultury, tak jak wiele osób, z którymi się mijam w sieci, to przejmowanie się takimi sprawami jest nieuniknione.

Mogę tylko powiedzieć – choć nie wiem, czy to będzie pocieszające – że naprawdę te odczucia rozumiem. Been there, done that. Jeśli jest coś, w czym mam naprawdę dużo doświadczenia, to w byciu fanką i przyjmowanie nieuniknionych rozczarowań na klatę. Nie zawsze jakoś zgrabnie, czasem się to kończyło elaboratami pisanymi o drugiej w nocy, ale mimo wszystko. Wiem, jak to jest, serio.

Pierwsza wersja tego tekstu miała być poradnikiem, jak sobie radzić w momencie, gdy idol czy lubiany twórca okaże się problematyczny… Ale po pierwsze, taki ze mnie coach emocjonalny, jak ze ślimaka baletnica, a po drugie uświadomiłam sobie, że wszystkie moje ewentualne „rady” tak naprawdę sprowadzają się do jednej:

nie warto jest mieć idoli. Jeśli ich masz, to się ich pozbądź.

To, co teraz napiszę, to jest taki oczywisty truizm, ale należy go powtarzać, aż naprawdę dotrze do głębi mózgu: twórcy sztuki i tekstów kultury wcale nie są lepszymi ludźmi od nie-twórców. Strasznie łatwo o tym zapomnieć, gdy dane dzieło rezonuje z osobistymi odczuciami w idealnej harmonii, ale trzeba to sobie przypominać. Zainstalować sobie w głębi głowy obwód bezpieczeństwa „to dzieło może być idealne, ale jego autor/ka nie jest”. Bez tego łatwo popaść w idealizację i tworzenie idoli, a z mojego doświadczenia wynika, że to nie jest dobry sposób na życie, bo w 99% prowadzi do rozczarowań. Chyba, że jest się jedną z tych osób, które nie przyjmują do wiadomości takich rzeczy i trwają w uwielbieniu wbrew wszelkim dowodom, ale cóż, nie pochwalam takiej postawy z powodów pryncypialnych.

No ale łatwo tak mówić „zrzuć swoich idoli z piedestału”. Po pierwsze to wcale nie jest proste: zawsze miałam wrażenie, że intensywne fanowanie wywołuje podobny stan do zakochania, co raczej niekoniecznie idzie w parze z racjonalnym spojrzeniem na swój obiekt uwielbienia. Po drugie, w momencie, gdy dochodzi do dramy i ktoś się w nią wkręca z pozycji fana, to już jest trochę za późno na bezpieczniki. A z drugiej strony zbyt brutalny symboliczny zasad na te figury potrafi prowadzić do… naprawdę słabych zachowań. To jest temat na osobny post, którego znacząca część obracałaby się wobec „cancel culture”, a w tej chwili niespecjalnie jestem gotowa na tę dyskusję. Ale powiem jedno: niewiele rzeczy na tym świecie przeraża mnie tak, jak Byli Zgorzkniali Fani[1].

Jak więc to zrobić? Nie czuję się upoważniona do dyktowania odpowiedzi na to pytanie. Nie ma chyba jednego rozwiązania, jak zachowywać krytyczną postawę wobec lubianych rzeczy, a równocześnie wciąż czerpać z nich radość. Dla każdego będzie działało coś innego. Osobiście coraz częściej staram się sprawdzać kontekst rzeczy, które mnie interesują, żeby potem móc się nimi cieszyć z czystym sumieniem. Jasne, psuje to trochę spontaniczność przeżywania kultury, ale przynajmniej czuję się uspokojona. Artyst/ka wydaje się w porządku, więc nie ma moralnego konfliktu z jego wspieraniem.

Albo i nie.

Czasem niestety taki research kończy się rozczarowaniem i konfliktem. Na przykład mój stosunek do Swans, zawsze mocno ambiwalentny, skomplikował się jeszcze bardziej, po tym, jak szukając zupełnie czegoś innego znalazłam informację o oskarżeniu Michaela Giry o gwałt. Jasne, jest to jedna z tych nieprzyjemnych spraw, w których trzeba komuś po prostu uwierzyć i swobodnie mogłabym uznać „e, Larkin Grimm chciała się zemścić za to, że Gira zerwał z nią współpracę, walić to”. Ale oskarżenia o napaść seksualną to jest coś, nad czym nie jestem w stanie przejść do porządku dziennego[2], więc… No cóż, nie jestem już w stanie czerpać czystej satysfakcji z muzyki Swans, a jak na złość w końcu niektóre ich płyty zaczęły mi się podobać.

Cóż, zostawiam sobie specyficzną przyjemność słuchania tego zespołu na chwile, kiedy czuję się podle, na przykład po wyborach. Chyba sobie zrobię z tego masochistyczną tradycję.

Co mi przypomina, że w swoim planie tekstu poradnikowego miałam punkt o ustanowieniu rytuału, kiedy „można sobie pozwolić” na daną problematyczną twórczość. Na przykład jeden miesiąc w roku na powrót do świata Harry’ego Pottera, albo słuchanie Swansów po wyborach. Mam bowiem mocne poczucie, że jeśli dany tekst kultury jest dla nas naprawdę, ale to naprawdę ważny, to wyrzekanie się go z powodu problematyczności twórcy może przynieść więcej frustracji niż pożytku. A z drugiej strony rozumiem konflikt moralny pod tytułem „nie powinno się wspierać niefajnych osób”. Taki rytuał może stanowić kompromis, który pozwoli jakoś połączyć te sprzeczne postawy. Poza tym mój system wartości dopuszcza poznawanie treści od problematycznych twórców w celach edukacyjnych. Sama z siebie nie mam ochoty oglądać Polańskiego ani Woody’ego Allena, ale jeśli jest to wymagane w kontekście zajęć na uczelni albo projektu badawczego… W każdym razie: jeśli trzeba te filmy poznać, to moim zdaniem nie warto się o to biczować.

Wydaje mi się, że najważniejsza w tym wszystkim jest wyrozumiałość dla swoich emocji, która idzie w parze z ich konstruktywnym przepracowaniem. I nie przesłania takiego podstawowego „rozumu i godności człowieka”. Po prostu.

A jednak wpadłam w coachowskie klimaty na koniec 😀 Przepraszam, to się nie powtórzy.

I tak, wiem, że teraz są dużo ważniejsze sprawy i w ogóle kto się przejmuje popkulturą, gdy mamy wybory, a rasizm i homofobia się szerzą? Tylko problem polega właśnie na tym, że TAK, są ludzie, którzy przejmują się popkulturą i idolami, całkiem niezależnie od przejmowania się polityczno-społeczno-klimatyczną katastrofą w jakiej żyjemy. To są dwa procesy, które mogą zachodzić w tym samym czasie i zżerać energię podwójnie. Jeśli ktoś tak ma, to moim zdaniem warto wypracować sobie jakiś sposób, jak nie dawać sobie zżerać tej energii za bardzo. Mam poczucie, że poradzenie sobie z negatywną energią fandomów i Internetu jest zdecydowanie łatwiejsze do ogarnięcia niż egzystencjalna kupą życia w roku 2020. Może więc lepiej i łatwiej będzie zacząć od tego, co zżera energię popkulturowo, by potem przejść do radzenia sobie z większymi sprawami.

Poza tym, że bardzo dużo problematyczności idoli jak najbardziej wiąże się z poważnymi sprawami „realnego” świata, przez co popkultura częściowo przestaje być eskapistyczną ostoją radości, a staje się kolejnym polem egzystencjalnych zmagań. Przynajmniej ja tak to widzę, i takie mechanizmy obserwuję w swojej bańce zainteresowań (#wszystkojesttrudne). Tym bardziej warto się zatem zaopiekować tą strefą życia, jakkolwiek niepoważne mogłoby się to nie wydawać.

[Ilustracyjnie wklejam piosenkę, której tekst poniekąd kojarzy mi się z tematem. Poza tym nigdy za dużo Hakena na tym fanpejdżu 😛 O ile wiem, nie są problematyczni] https://www.youtube.com/watch?v=hQ8KqJJJJhk

[1]Nawet zwyczajni fani potrafią mieć zero szacunku dla osobistych granic twórców i idoli… Pisanie do członków rodziny, stalking, doxxing i tak dalej. Ale Byli Zgorzkniali Fani wynoszą takie zachowania na zupełnie nowy poziom. Powiem szczerze, że ten poziom pasji bardzo zniechęca mnie do całej koncepcji fandomów i idoli. Tak, wiem, społeczności fanowskie pozwalają na afirmację zainteresowań i talentów, co daje korzystne efekty psychologiczne… Sama tego doświadczyłam, no i trochę książek z zakresu fandom studies mam na koncie. Ale jednak nie można udawać, że ta druga strona medalu nie istnieje.

[2] Przyznaję, niektóre rodzaje „problematyczności” oburzają mnie dużo bardziej niż inne, co zapewne wynika z moich własnych przywilejów i uprzedzeń. Jakoś łatwiej mi wybaczyć to, że ktoś użył słowa na „n”, niż oskarżenie o molestowanie seksualne… Tu znowu wchodzi kwestia edukacji: jeśli nie rozumiem, czemu jakieś zachowanie zostaje uznane za problematyczne, to osobiście staram się nadrobić braki w wiedzy. Domyślam się, że nie każdy ma na to energię i chęć, ale mimo wszystko zachęcam, to poszerza horyzonty.

5 uwag do wpisu “ROZKMINY: GDY KTOŚ, KOGO PODZIWIAM, OKAZUJE SIĘ PROBLEMATYCZNY…

  1. Nie rozumiem na jakiej zasadzie zrównujesz słuchanie, czerpanie przyjemności ze słuchania ze wspieraniem. Jeśli utwory są ściągnięte za darmo, poza tym ich nie promujesz, to autorzy nic na tym nie zyskują.

    Polubienie

    1. Zyskują mój czas i atencję, którą mogłabym poświęcić innym projektom i ich wspieraniu.

      (Zresztą cała sytuacja wykreowana przez ciebie wydaje mi się stosunkowo mało prawdopodobna, biorąc pod uwagę, jak wygląda dziś szeroko rozumiany świat muzyki. Zacznijmy od tego, tekst jednak skupia się na fanach, nie na casualowych słuchaczach. Fani zdecydowanie wspierają lubiane przez siebie projekty, czy to bezpośrednio – kupując płyty, merch, chodząc na koncerty – czy niebezpośrednio, poprzez rozmowy, wrzucanie kawałków i tak dalej. No nie znam fanów, którzy by się ograniczali do ściągania muzyki i słuchania jej w domu, po prostu to tak nie działa 😛 Gdzieś się zawsze ten element „dzielenia muzyką” włącza, a w dzisiejszym Internecie każde dzielenie się to jest pośrednia promocja. A po drugie: jakie ściąganie, jest rok 2020, jeśli ktoś ściąga piosenki w dobie wszystkiego na YouTube, Spotify i bandcampie, to naprawdę musi mu/jej zależeć na byciu piratem albo słuchać superniszowych rzeczy (ale jak ktoś słucha superniszowych rzeczy, to z reguły też je jakoś wspiera). I tutaj można postawić argument, że słuchanie przez serwisy streamingowe i YT również jest wspieraniem ze względu na reklamy. Ale ja go nie stawiam, bo artyści dostają z tego okruszki od okruszków. Ale wciąż zostaje ten aspekt „promocyjny”, bo jednak te odtwarzania w jakiś sposób zawsze widać.)

      Polubienie

      1. Ja nie odnosiłem się do tekstu całościowo, ale z fragmentów o tym jak nie jesteś w stanie czerpać przyjemności z muzyki, mimo że ci się podoba i o rytuale ,,kiedy można”, odniosłem wrażenie, że wyszczególniasz sam proces czerpania radości z dzieła jako coś negatywnego, w oderwaniu od ewentualnej aktywności fanowania.

        Polubienie

      2. Negatywny to nie wiem, ale na pewno mocno skażony przez wiedzę o problematyczności twórcy. No to jest taki sposób odbierania świata, dzielony przeze mnie i przez wiele innych osób, ciężko czasem z niego wyjść 😀 To nie jest tak, że sobie to poczucie winy narzucam świadomie w każdym razie.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s