DEMA, DRAMY, DUCHOLOGIA: ZADZIWIAJĄCY FANDOM EMILIE AUTUMN

[EDIT: tekst został opublikowany 10 czerwca 2020 roku i opisuje fandom z lat 2014-maj 2020. Obecnie sytuacja zmienia się dość dynamicznie, niestety niekoniecznie na lepsze].

Czy zdarza wam się wracać do fanowskich wspólnot, które kiedyś były dla was ważne? W jakim stanie je zastajecie: czy wciąż są aktywne i pełne życia, czy można je podsumować jednym hasztagiem: „nikogo”?

Osobiście nie mogę zaprzeczyć, że fandomy stanowiły bardzo ważny element mojego dorastania. Jedną z najważniejszych wspólnot, w jakich aktywnie działałam, koncentrowała się wokół amerykańskiej piosenkarki i skrzypaczki, Emilie Autumn. Zarówno jej światowy fanbase, jak i malutki, polski odłam fanów, dały mi bardzo dużo. Jednak teraz, gdy patrzę na to, jak ta fanowska wspólnota wygląda… Powiem szczerze, przybrała ona bardzo dziwaczny kształt, który powinien zostać przebadany przez jakiegoś specjalistę od fandom studies.

Już raz pisałam o Emilie na tym blogu [1], ale by zrozumieć jej fandom, należy przypomnieć sobie kilka rzeczy. Po pierwsze, Autumn parę razy dość drastycznie zmieniała stylistykę swojej muzyki oraz okolicznej twórczości. Tak naprawdę mało kto z jej fanów lubi wszystkie jej twarze jednakowo, dość powszechny jest podział na wielbicieli „ery Enchant” (od ok. 2001 do ok. 2006), „ery Opheliac” (2006-2012) lub „ery Asylum” (2013-teraz). Każdy z tych okresów charakteryzował się również odmienną estetyką wizualną. „Enchant” było wróżkowe, eteryczne i zanurzone w elżbietańskiej wrażliwości, „Opheliac” łączyło szekspirowską tragedię Ofelii z wpływami wiktoriańskimi, visual kei i industrialem, w „Asylum” natomiast Emilie wpadła w estetykę musicalową (w stylu Andrew Lloyda Webbera, dokładniej mówiąc).

Tutaj jeszcze nie ma większych odstępstw od normy, aczkolwiek przyznaję, że większość lubianych przeze mnie artystów ma nieco bardziej spójną dyskografię. Ciekawe natomiast jest to, jak wiele wysiłku fani poświęcają na archiwizowanie jej kolejnych wcieleń. Częściowo wyjaśniają to okoliczności technologiczne: początki twórczości EA sięgają 2001 roku. Wielokrotne zmiany, jakie zaszły od tego czasu w mediach społecznościowych i geografii Internetu sprawiły, że wiele zdjęć, wywiadów i filmików zwyczajnie zginęło w cyberprzestrzeni, lub zachowało się w wysoce niezadowalających fragmentach. A sama Emilka nie jest zbyt skora do przypominania sobie przeszłości, łagodnie mówiąc. Problem ten dotyczy zwłaszcza najstarszej „ery twórczości” artystki, czyli Enchant. Tak więc jeśli ktoś chce dowiedzieć się czegoś więcej o młodej Emilie, to zostaje mu kilka blogów, które cały czas działają i pełnią rolę archiwistek/strażniczek wiedzy[2].

Kurde, dumna jestem z tego logo (tak, ten blog tworzyłam ja)

Co więcej, po każdej erze zostały pewne artefakty, które przez bardzo długi czas rozpalały wyobraźnię wielu fanów na całym świecie. I to nie jest hiperbola: w szczytowym okresie na oficjalnym forum było zarejestrowanych ponad 10 tysięcy osób z Ameryki Północnej, Południowej, Europy, Australii, a nawet z malutką mniejszością azjatycką. W erze Enchant Autumn zaplanowała wiele projektów pobocznych, z których żaden nie ujrzał światła dziennego w całości. Za każdym stał dość wymyślny koncept (yay, albumy koncepcyjne!). Najbardziej zaawansowany z nich, „Jane Brooks Project” miał być efektem pracy muzyków ze wczesnych lat dwutysięcznych, którzy w antykwariacie odkryli nuty i zdjęcia Jane Brooks, aspirującej angielskiej muzyczki urodzonej w 1922 roku i zafascynowani jej nigdy nieopublikowaną twórczością postanowili ją odtworzyć. W muzyce Jane Brooks krył się jednak haczyk: nawiązywała ona do historii niesłusznie zabitej Jane Brooks-czarownicy (postać historyczna) z XVII-wiecznej Anglii. Wypowiedzi Emilie oraz materiały promocyjne sugerowały silny wątek reinkarnacji, która prowadzi do emancypacji żeńskiej siły…

Brzmi fajnie? Owszem. Czy fani na to czekali? Bardzo, zwłaszcza że według EA cała płyta była już nagrana. Ale ostatecznie opublikowała z niej tylko parę piosenek tu i ówdzie, często w wersji demo. I tak jest z prawie każdym projektem pobocznym, jaki Emilie planowała w tym czasie: miały one smutną tendencję do rozpływania się w niebycie, ku frustracji fanek. To jednak nie powstrzymywało ich od szukania wszelkiego rodzaju powiązanych materiałów, a nawet mikro-hackingu[3].

Największym artefaktem z tamtego okresu są jednak Enchant Puzzle: zagadka wkomponowana w pierwsze wydanie debiutanckiej płyty, której rozwiązanie miało doprowadzić szczęśliwego fana do czterech skarbów, składających się na kostium elżbietańskiej wróżki: kryzy, różdżki, skrzydeł i wachlarza. Mały problem: oryginalny nakład Enchant wynosił trzy tysiące egzemplarzy, a w późniejszej reedycji plansza stanowiąca klucz do zagadki nie została uwzględniona. Jaki był tego efekt? O dziwo, przez bardzo długi czas plansza nie trafiła do Internetu, ponieważ właściciele płyty nie chcieli dawać innym forów w szukaniu skarbów. Przez to w momencie największej aktywności fandomu (około 2011 roku) pierwsze wydanie tej płyty chodziło na eBayu za setki dolarów. SETKI. Najdroższy egzemplarz, jaki widziałam, został wylicytowany za jakieś 700 dolców[4]. Jak możecie się domyślić, puzzle pozostają nierozwiązane do dziś, mimo tego że plansza w końcu znalazła się w Internecie. I tak, niektórzy wciąż próbują odnaleźć wróżkowe skarby. A minęło już 17 lat od czasu debiutu…

zdjęcie nagród za rozwiązanie puzzli

Era Opheliac również obfituje w nierozwiązane zagadki, aczkolwiek o dużo mniej przyjemnym charakterze. Powiem tak: jeśli wierzyć Emilie, to jej ówczesna muzyka była dosłownie autobiograficzna, podobnie jak wydana przez nią książka „The Asylum for Wayward Victorian Girls”. W pewnym momencie jednak fani zaczęli porównywać zawartość (już w tych czasach dużo bardziej dostępnych) wywiadów, książki, jej starego bloga na LiveJournal i forum… I zrobiło się bardzo, bardzo niemiło. Tę rzekomą „autobiograficzność” książki i muzyki należy bowiem wziąć w spory nawias. Wiecie, artystyczne przetworzenie i tak dalej. Niestety, fani nie umieli tego uszanować, podobnie jak nie uszanowali dość wyraźnie wyrażanej przez artystkę niechęci do rozmów o rodzinie. Mówiąc krótko, zaczęło się grzebanie w prywatnych brudach. Niestety to nie jest bardzo dziwaczne… Znam wiele przypadków, w których fandomy rościły sobie prawo do prywatnego życia swoich obiektów uwielbienia. Dziwaczna natomiast jest skala hejtu, która wtedy co jakiś czas wybijała. Aż dziwne, że (chyba) nikt nie spalił swojej kolekcji, bo to była dosłownie ta skala „zawiodłe_am się na tobie” – inna rzecz, że dużo bardziej opłacało się ją sprzedać. Ale powiem szczerze: na ten aspekt lepiej spuścić zasłonę milczenia. Na szczęście dziś my jako konsumenci kultury mamy chyba nieco większe poczucie, że tak mocna ingerencja w życie gwiazdy jest niesmaczna. I większy dystans do kwestii, czy artysta tworzy autentycznie z serduszka. Nie wszyscy to ogarniają jeszcze, ale jednak jest postęp.

I tak płynnie przechodzimy do ostatniego wcielenia Emilie, czyli „ery Asylum”… która trwa w pewnego rodzaju autokanibalistycznym zawieszeniu od ładnych paru lat. Po wydaniu płyty „Fight Like A Girl” w 2012 EA ogłosiła, że zamierza pracować nad musicalem opartym na swojej książce, „The Asylum…”. W międzyczasie opublikowała książkę dla szerokiej publiczności: zamiast ciężkiego wydania albumowego z masą zdjęć i ozdóbek można teraz kupić audiobook (z którym się łączy drama wydawnicza: obsuwa wydawnicza trwała dwa laty, a ludzie popłacili preordery), wersję na Kindle’a i wydanie papierowe. Co ciekawe, zawartość książki została znacząco zedytowana[5], ku niezadowoleniu starszych fanów, w tym moim. Stara wersja może i przypominała nieco mangę w swojej uproszczonej narracji, ale miała w sobie dużo surowego uroku i bólu, a właśnie ten element najbardziej na zmianach ucierpiał. Żeby zachęcić fanów do zakupów, Emilie dodała do ebooka nowe puzzle: tym razem nagrodą miał być naszyjnik. Nie, nikt nich nie rozwiązał, jeśli to was ciekawi.

Przykład jednej z zagadek zamieszczonych w e-booku „The Asylum for Wayward Victorian Girls”

I… w zasadzie to tyle. Emilie nie koncertuje, siedzi i pracuje nad musicalem, co jakiś czas wrzuca jakieś rzeczy „zza kulis” (dygresja: moim zdaniem brzmią strasznie słabo jak na nią) i produkuje masę merchu, chyba po to, by mieć się z czego utrzymać w tak zwanym międzyczasie[6]. Można na to spojrzeć z perspektywy Baudrillardowskiej, tak jak Mistycyzm Popkulturowy ostatnio spojrzał na grę Cyberpunk 2077[7]. Produkt nie musi istnieć, by się sprzedawać, wystarczy jego obietnica, symulakrowe widmo. Nie wiem, na ile to działa w przypadku Cyberpunku, ale z Emilką… Prawdę mówiąc nie do końca. Ciężko mi powiedzieć, na ile merch czy stare tantiemy przynoszą jej zyski, ale wiem, że naprawdę wielu fanów (głównie tych starszych i jeszcze starszych) bardzo krytykuje jej obecny model działań. A niektórym już się nawet nie chce krytykować, po prostu olali sprawę, twierdząc, że musical nigdy nie powstanie i w ogóle nie ma na co czekać. Swoją drogą to ciekawe, że na produkt korporacyjny typu Cyberpunk czy remake Final Fantasy 7 ludzie są w stanie czekać merdając mentalnymi ogonkami naprawdę spory szmat czasu (to nawet nie jest krytyka, sama tak mam: #ReleaseTheComputerVersionOfFF7Remake i #FinalFantasyVersusXIIIWouldBeBetterThanFFXV), a w przypadku mniejszych artystów łatwo tracą zainteresowanie. Ja wiem, że w przypadku Autumn istotnym czynnikiem jest jej skłonność do porzucania projektów, ale jednak – do przemyślenia.

Wracając do tematu: fandom w dużej mierze przypomina Śpiącą Królewnę. Jasne, Emilie ma sporo followersów na Instagramie – i jak na złość prowadzi z nimi całkiem sporo interakcji teraz, kiedy mi już w sumie niespecjalnie zależy. Ale struktury fandomu w zasadzie się rozsypały: oficjalne forum zamknięto, a większość blogów przeszła w stan uśpienia. Wyjątkiem są „archiwistki”, które dopieszczają strony fanowskie, analizują teksty i puzzle i wyszukują naprawdę fajne ciekawostki z dawnych lat. Jako że jednak nie mają zbyt wiele pożywki do działań w obecnej działalności Emilie, ich wysiłki koncentrują się na przeszłości, przez co ich blogi nabierają niesamowitej, hauntologicznej aury. Te wszystkie analizy dawnych projektów, wyszukiwanie informacji w wywiadach, rozkminy nad puzzlami… Z jednej strony wiele jest w tym namysłu nad przyszłością, która nie nastała (#ReleaseTheJaneBrooksProject), a z drugiej – sporo zabarwionego nostalgią żalu, że ta przyszłość uległa, cytując Fishera, powolnemu anulowaniu. No i pozostaje też inne pytanie: jak długo można podtrzymywać hauntologiczny żywot tych duchów przeszłości? I co się stanie z karierą Emilie, gdy w końcu nawet najwierniejsi fani się wypalą? Osobiście mam tylko nadzieję, że zdąży wystawić musical, zanim to się stanie. Nawet jeśli nie spełni moich oczekiwań, po prostu szkoda by było, by ten projekt też się… rozpełzł w niespełnionej przyszłości.

[Ilustracyjnie wklejam ducho-playlistę filmików z ery Enchant. Jak możecie się domyślić, te nagrania są BAARDZO stare i mają jakość ziemniaka, ale… cóż, twórczość Emilkie ztej ery zawsze mi dobrze robi na humor, nawet w jakości ziemniaka ^_^]

Przypisy:
[1] https://19czwartych.art.blog/2020/03/10/lets-talk-about-emilie-autumn/
[2] Znakomita większość tych blogowych archiwów znalazła swój dom na portalu tumblr (tak, on wciąż istnieje). Tutaj następuje lista wielu linków dla zainteresowanych 😀 Ciekawostka: w niektórych z tych blogów maczałam palce, a nawet całą rękę.
Wciąż aktywne blogi:
https://bonnytymepyrate.com/
https://offaeriesandspoons.tumblr.com/
Blogi w zawieszeniu/porzucone:
https://emilie-autumn-interviews.tumblr.com/
https://shefightslikeagirl.tumblr.com/
https://omistressmine.tumblr.com/
https://theopheliacinher.tumblr.com/
[3] Sama szperałam na serwerze jej oficjalnej strony i przeglądałam zdjęcia, które usunęła z publicznego widoku. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
[4] To nie jest tylko kwestia tej płyty: ceny różnego rodzaju memorabiliów związanych z EA osiągały naprawdę zawrotne pułapy. Nawet oficjalny merch był drogi (pierwsze, albumowe wydanie „The Asylum…” kosztowało 75 dolarów), ale w przypadku rzadkich przedmiotów, takich jak dekoracje czy kostiumy z koncertów, ceny szły w tysiące. Najdroższym kawałkiem merchu okazała się chyba szczurza maska z koncertów, którą Emilie puściła na aukcję… Poszła za ponad dziesięć kafli.
Ten aspekt finansowy dość zabawnie odbijał się na fandomach w innych krajach, zwłaszcza w Polsce. Większość pieniędzy, które dostawałam wtedy na urodziny/Gwiazdki szły właśnie na merch, a że zdawałam sobie sprawy z absurdu tych cen, starałam się jak najbardziej minimalizować koszta przesyłki, które często wynosiły drugie tyle. Często kończyło się to grupowymi zamówieniami z innymi fanami (wyobraźcie sobie ten koszmar logistyczny, gdy zamawiacie albumy dla 12 osób), szperaniem na europejskich stronach w poszukiwaniu płyt, sytuacjami typu „czekam trzy miesiące, aż kolega z Francji przywiezie mi Opheliac, bo na poczcie na pewno się połamie”… Gdybym mogła wpisać ówczesną kreatywność i wysiłek koordynacyjny do CV, to bym została project managerem.
[5] O cholera, właśnie odkryłam, że książka ma teraz oficjalną stronę internetową. Idę szperać! https://www.theasylumforwaywardvictoriangirls.com/
[6] https://www.asylumemporium.com/
[7] https://www.facebook.com/MistycyzmPopkulturowy/posts/2938818839519792

Jedna uwaga do wpisu “DEMA, DRAMY, DUCHOLOGIA: ZADZIWIAJĄCY FANDOM EMILIE AUTUMN

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s