ROZKMINY: MUZYKA, POLITYKA, SPOŁECZNOŚĆ

Nie spodziewałam się, że w tym roku jakiekolwiek wydarzenie na świecie przebije pandemię korony… a jednak. Od jakiegoś tygodnia wszystko się sypie wszędzie – zamieszki w USA, w Polsce coraz bardziej przeważa fundamentalizm, nowe aktywne ognisko Eboli w Kongo, Węgry to już autorytaryzm pełną gębą… Cóż, jeśli ludzkość myślała, że osiągnie trochę spokoju w XXI wieku, to w sumie równie dobrze może kolektywnie zaśpiewać razem z Teho Teardo i Blixą Bargeldem. „No quiet life for us”.

W tym wszystkim, może trochę egocentrycznie – ale z drugiej strony jest to raczej ważny psychologicznie mechanizm, więc mam nadzieję, że mi wybaczycie kapkę egocentryzmu – staram się znaleźć jakiś sens i miejsce dla tego, co robię. W kontekście bloga oznacza to rozważania nad tym, co tak efemeryczne zjawisko jak muzyka może pomóc w tych ciężkich chwilach.

Z historycznego punktu widzenia to pytanie jest wręcz absurdalne. Przecież naprawdę olbrzymia część popkultury (oraz kontrkultury, która obecnie jest przedmiotem kultu popkultury) w drugiej połowie XX wieku opierała się właśnie na muzyce. To muzyka była nośnikiem buntu, zaczątkiem nowej mody, metaforycznym papierem do spisywania nowych idei i manifestów. Ale jakoś w latach dwutysięcznych coś się zmieniło. I to zmieniło się do tego stopnia, że:

a) Na blogach ogólno-popkulturowych recenzje i analizy muzyki praktycznie nie występują. Jeśli już, to w ramach „wrzutki na dobranoc” albo okazjonalnego przerywnika. Trochę się przyglądam polskiej blogosferze kulturalnej i naprawdę, ten brak jest aż bolesny.
b) Połowa blogerów muzycznych, przynajmniej tych, których znam, ma głębokie poczucie bezsensu tego, co robią.

Skąd ta nagła zmiana? Widzę tu kilka przyczyn, ale dziś chcę się skupić tylko na jednej. Mam silne przekonanie, że w XXI wieku muzyka coraz rzadziej jest postrzegana jako coś, co łączy ludzi. Zamiast tego stała się podkreśleniem osobistej indywidualności i gustu. Czasem osiąga to wręcz absurdalne rozmiary, na przykład wśród ludzi, którzy nieironicznie używają wyrażeń typu „prog snob”, czy też w polskim kontekście „wychowani na Trójce”. Albo ludzi, którzy twierdzą, że rap to nie muzyka i wyśmiewają każdego, kto ośmieli się stwierdzić inaczej. Ale nawet w tych mniej skrajnych przypadkach widzę, że gusty muzyczne są obecnie silnie sprywatyzowane. Słuchamy tego, co nam się podoba. Bo możemy, bo globalizm, ułatwia nam to YouTube i Spotify. I to nie jest tak, że ja potępiam indywidualistyczne podejście do muzyki, sama mam takie w dużej mierze. Ale widzę też, że takie podejście ma obiektywne wady, absolutnie niezwiązane z tym, że „kiedyś było lepiej, bo subkultury muzyczne były fajne”.

Co mamy na przykład śpiewać na protestach? Piosenkę, którą oprócz nas zna tysiąc ludzi na całym globie? Z całym szacunkiem dla takich piosenek, które zresztą często są zajebiste, to może trochę nie wypalić.

Z kim mamy dzielić pasje i idee muzyczne? Moi koledzy z fejsikowego muzykowa już nieraz pisali o tym, że polecanie muzyki to jakiś koszmar, bo polecajki nie interesują prawie nikogo. O ile na co dzień nie uważam tego za większy problem, o tyle teraz faktycznie czuję podobną bezradność. Bo mogę napisać milion tekstów o polityce w muzyce Hakena czy Bjork, ale wiem, że najprawdopodobniej przeczytają go tylko fani Hakena lub Bjork. A szkoda, bo na przykład wiele tekstów Hakena ma w sobie potężny ładunek polityczny, który mógłby być użyteczny w obecnej sytuacji politycznej – zarówno w tym konkretnym piekielnym tygodniu, jak i w szerszej perspektywie późnego kapitalizmu (o czym planuję napisać od trzech tygodni). Ale cóż, to jest prog metal, a prog metal ma swoją banieczkę, poza którą jakoś niespecjalnie jest w stanie zaistnieć. I tak jest z wieloma innymi potencjalnie inspirującymi gatunkami i zespołami.

Zresztą to działa w dwie strony: z jednej czujemy niechęć do wychodzenia z własnego gustu, z drugiej pokazywanie własnego gustu przez wielu ludzi jest postrzegane jako odsłonięcie się. Wydaje mi się, że to właśnie jest pochodna prywatyzacji muzyki: powstaje taka narracja „jestem tym, czego słucham”. I w ten sposób gust muzyczny staje się aspektem tożsamościowym: należy go bronić przed niechcianymi wpływami z zewnątrz. Czy to w sposób bierny (niechęć do poznawania innych rzeczy i siedzenie w swojej strefie komfortu), czy to przez atak, jak wspomniany wyżej przykładowy człowiek wyśmiewający rap.

To straszne marnotrawstwo potencjału, moim zdaniem. Słowa, które mogłyby podpalić świat, zamknięte w banieczkach pojedynczych telefonów i pojedynczych grupek na fejsbuku.

Nie tylko ja zresztą to odczuwam. Nie wiem, czy wiecie, ale w pierwszych dwóch tygodniach zamknięcia Zachodu liczba streamowanych utworów muzycznych spadła aż o osiem procent. Za to wzrosła ilość ludzi, którzy… słuchają radia. Według Jamesa Purnella, dyrektora BBC Radio and Education, słuchacze decydowali się na radio nie tylko ze względu na wiadomości i analizy, ale też na „muzykę, rozrywkę i towarzystwo”[1]. To ostatnie słowo, moim zdaniem, jest kluczowe. W chwilach kryzysu, na dobre i na złe, potrzebujemy innych. A tego streamingi nie zapewniają.

Co zatem można robić na tym muzycznym poletku, co może przysłużyć się szeroko rozumianej „słusznej sprawe”? Na to pytanie niestety nie mam jednoznacznej odpowiedzi, i nie sądzę, by ktoś ją miał. Ale chciałabym przekazać wam słowa kanadyjskiego piosenkarza, Devona Welsha, które mnie zainspirowały. Na swoim twitterze Welsh napisał:

„Nie wiemy, skąd nadejdzie przyszłość, ale wszyscy możemy się zgodzić, że nie zrodzi jej obecny system, umierający i nie wykazujący żadnych reakcji. […] Podstawa muzyki to solidarność i nasze dusze. Jeśli się na tym oprzemy, jak muzyka może nam służyć w przyszłości? Zapomnijmy o ‘artystach’ i ‘publicznościach’, zapomnijmy o ‘geniuszach’, zapomnijmy o ‘zespołach’. Zapomnijmy o archetypach ‘gwiazdy rocka’ i ‘gwiazdy popu’. […] Nie chcę wrócić do starego systemu, którego muzyka była częścią. Nie chcę, by publiczność była oddzielona ode mnie, artysty. Chcę śpiewać piosenki razem. Chcę się przysłużyć (ang. „be of service”)”.[2]

Też się chcę przysłużyć. Choć nie mam pojęcia, jak mogę to zrobić jako biała dziewczyna z zadupia Europy (I mean, co ja mogę mówić o rasizmie, poza tym, że instytucjonalny rasizm to prawdziwa rzecz i jest na to masa dobrych badań? Co najwyżej mogę odesłać do zbioru tekstów zebranych przez kogoś bardziej kompetentnego[3]). Ale mam zamiar się starać na swój sposób. Jeśli wyjdzie niezręcznie, no to wiecie, życzliwe i uprzejme dyskusje są niezłym początkiem do budowania społeczności (nie mylić z fanbazami!), a bardzo ich teraz potrzebujemy.

[Ilustracyjnie wstawiam polską propozycję na międzynarodowy protest song. Połączenie wpływów subkultury gotyckiej i lewicowej wrażliwości jest słuszne i sprawiedliwe, a poza tym to zajebista piosenka jest. baṣnia – My Only Religion Is Love ❤ ]

PS. Tak gdyby ktoś miał wątpliwości, jaką politykę według mnie muzyka powinna promować, to uważam, że systemowy rasizm i homofobia to gówno, które powinno zostać zniszczone.
PS2. Tekst powstał bardzo spontanicznie, więc no, na większość swoich przemyśleń nie mam „źródeł”, a i forma jest bardzo spontaniczna, co na pewno negatywnie rzutuje na elokwencję. Ale trudno. W związku z tym uznaję temat za otwarty do dyskusji. Poza stwierdzeniem z pierwszego PS, bo o tym nie dyskutuję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s