RAPORT Z PRZESŁUCHANIA: Nine Inch Nails „Ghosts V-VI” (2020)

[28 marca 2020]

Duchy wróciły do twórczości Trenta i Atticusa, by znów towarzyszyć słuchaczom w ciężkich czasach. Poprzednie albumy z tej serii, zestaw I-IV, zostały wydane w marcu 2008 roku, na fali rosnącego kryzysu gospodarczego, ale jeszcze przed upadkiem Lehman Brothers. A teraz unoszą się nad objętą kwarantanną Ziemią i przynoszą… no właśnie, co takiego przynoszą?

„Ghosts V: Together jest na chwile, gdy wydaje się, że wszystko będzie mniej więcej dobrze. Natomiast Ghosts VI: Locusts… sami się domyślicie”. Tak piszą twórcy podwójnego albumu na swojej stronie. Ale i bez ich wskazówek dualizm jest w tym wydawnictwie bardzo wyraźny. Okładki obu części dopełniają się jak w sztampowym symbolu yin i yang, bez wpadania jednak w wyraźną czerń i biel. Zarówno w muzyce jak i w oprawie graficznej mamy za to do czynienia z odcieniami lekko przyszarzałymi.

Bawiąc się w analizę dźwięków i tytułów umieszczonych na tym albumie kompozycji – nawiasem mówiąc, ciekawe, na ile moje interpretacje są zbieżne z zamierzeniami NIN, a ile wzbudziłyby w nich rozbawienie – powiedziałabym, że Ghosts V zdecydowanie jest albumem „dziennym”. Użyte na nim dźwięki są jaśniejsze i bardziej „przestrzenne”. Główną rolę odgrywają basy, różnego rodzaju reverby (dla niewtajemniczonych w żargon muzyczny, w dużym uproszczeniu chodzi o echa) i pianino w różnych wersjach: czystej, lekko przymglonej, „duchowej” – nie wiem, co to za efekt, ale pamiętam go z płyt I-IV, chodzi mi o takie rurowe brzmienie z szóstej minuty „Faith” – czy też „dzwonkowej”, która kojarzy mi się z soundtrackiem „Watchmenów” HBO.

Na uwagę zasługuje wykorzystanie wokaliz Trenta jako jednego z instrumentów. To się przewija w wielu utworach i wprowadza medytacyjny nastrój, niczym słynne „om” instruktorów jogi. Doceniam też epicki, niemal filmowy rozmach, jaki wraz z sekcjami „smyczkowymi”, na przykład na początku „Out In The Open”. To nie są smyczki, obviously, ale mają ten smyczkowy, pociągły zaśpiew, który wzbudza skojarzenia z rozmachem wielkobudżetowych dzieł science fiction… co może budzić pewną melancholię, biorąc pod uwagę, że tytuł utworu traktuje po prostu o wyjściu na zewnątrz. Co za przywilej, co za utopijna wizja!

Najbardziej jednak podoba mi się główny motyw utworu „Your Touch”, przekształcony tak, by brzmiał jak symfonia połączeń telefonicznych i internetowych. Right in the feels, guys. Całości „Ghost V” dopełnia utwór „Still Right There”, jedyny, w którym wchodzi rozpoznawczy dla Nine Inch Nails „imprezowy wkurw”. Gitara wchodząca w trzeciej minucie i jej przejście w mroczne disco półtorej minuty później brzmią jak hymn dla odporności ludzkości na wszelkiego rodzaju klęski. Może się walić i palić, a część z nas wciąż przetrwa i jeszcze pewnie wyprawi rave na ruinach.

Z szóstą częścią „Ghosts” miałam nieco większy problem interpretacyjny. Pod wieloma względami to jest mniej spójna połówka tego wydawnictwa. Co więcej, jej tytuł jest dużo bardziej… konfundujący. No bo piątka, „razem”, w dobie fizycznego dystansu i dbania o siebie na odległość brzmi dość oczywiście. Ale locusta? Co ma wspólnego owad z rodziny szarańczowatych z koronawirusem, kwarantannami i całym tym szajsem? Podpowiem: jest pewne możliwe połączenie, ale by to zobaczyć, trzeba zrobić swojego rodzaju „krok w tył”. Mianowicie przypuszczam, że tutaj myśli Trenta i Atticusa szły bardziej ogólnym tropem apokaliptycznym. Zaraza, szarańcza, plagi egipskie… Trent jest zaangażowany w dyskurs ekologiczno-polityczny, na pewno wirus nie jest jedyną rzeczą, którą spędza mu sen z powiek. Idąc tym tropem i wracając do mojej interpretacji „dobowej”, można by uznać szarańczę za symbol natrętnych myśli, które przychodzą w nocy i nie dają spać, albo powodują koszmary. Tytuły utworów na tej płycie potwierdzają taką narrację: zaczynamy od bezlitosnego zegara, przechodzimy przez paranoję i ucieczkę, wypadek, „naprawę czasu” (chwilową pobudkę?), zmęczenie, aż do „prawie świtu”.

Taka interpretacja wyjaśniałaby też większą różnorodność umieszczonych na „Ghosts Six” utworów. Moimi ulubionymi są kawałki 2-4, przetwarzające brzmienie poprzedniego albumu „Bad Witch” w neo-noirowe suity. Czemu, ach czemu nikt nie zaproponował duetowi T&A stworzenia soundtracku do Blade Runnera 2049? Sprawdziliby się idealnie! W późniejszych utworach panowie wracają do ambientu. Ale nie takiego uspokajająco-medytacyjnego, jak w „piątce”, tylko bardziej przypominającego „Bad Witch”, albo nawet „The Downward Spiral”. Zamiast przyjemnych dla ucha i duszy wokaliz słychać niepokojące trąbki, przypominające alarmy sample w „When It Happens”, czy też natrętne szepty i dyszenie w „Turn This Off, Please” (czy ja dobrze słyszę, że do tych szeptów trzy grosze dodała żona Reznora, Mariqueen? <3). Również paleta barw ulega zmianie, wydaje się bardziej przytłumiona i zmęczona. Adekwatnie do męczących myśli*.

Nie każdy byłby w stanie przekazać tyle treści samymi instrumentalnymi kawałkami. Ja jestem pełna podziwu dla kunsztu Trenta i Atticusa, jak zresztą zawsze od czasu ich pierwszej współpracy (jeśli chodzi o pisanie utworów, to całkowitym przypadkiem były to właśnie pierwsze albumy „Ghosts”). Znowu to zrobiliście, panowie. Kocham was bardzo i zdrowia życzę.

____________________

*Co ciekawe, noirowe trąbki słychać również na „piątce”, a pianin na „szóstce” też nie brakuje. Ale jak już mówiłam, nieszczęsna i wytarta jak stary podkoszulek metafora yin i yang naprawdę się tutaj sprawdza. Żaden dzień w pandemii nie jest w pełni wolny od strachu, nie można też powiedzieć, że noc nie przynosi chociaż odrobiny odpoczynku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s