LET’S TALK ABOUT EMILIE AUTUMN

[4 marca 2020]

[Treścioostrzeżenie: ten wpis nie jest zbyt naukowy ani analityczny. Prawdę mówiąc napisałam go głównie dla przyjemności własnej oraz kilku moich przyjaciół. Ale liczę na to, że przynajmniej trochę wam się spodoba :)]

Elektryczne skrzypce. Kolorowe włosy. Piosenki o Ofelii, o wróżkach, o wiktoriańskich dżentelmenach z lepkimi rękami. Makijaż a la gotycka „porcelanowa laleczka” (z obowiązkowym sercem na policzku). Prawdopodobnie każdy, kto był „alternatywnym” nastolatkiem w latach 2007-2012, choć raz miał styczność z Emilie Autumn – z jej muzyką, z wyrwanymi z kontekstu cytatami, albo przynajmniej z walającymi się na tumblrach i pinterestach zdjęciami czy też fanartami. Również i ja się na nią natknęłam, aczkolwiek w sposób nietypowy, bo dzięki reklamie jej koncertu w Gazecie Wyborczej[1]. Mój romans z jej twórczością był długi, intensywny i pozostawił po sobie wiele wiele cennych wspomnień, podobnie jak u moich przyjaciół i przyjaciółek z fandomu. Zastanawiam się, czy jest to taki romans muzyczny, do którego się można przyznawać, czy też lepiej zakryć głowę workiem i udawać, że nie, ja z tą panią nigdy nic wspólnego nie miałam? Część byłych współfanów pewnie postawiłaby na tę drugą opcję[2], ale ja wciąż uważam, że w twórczości Emilie jest masa ciekawych rzeczy, którym warto się przyjrzeć i przysłuchać z bliska.

Jeśli chodzi o muzykę, pozwolę sobie sięgnąć do pseudosłowiańskiej metafory i porównam ją do posągu o trzech twarzach. Pierwszą z nich, najwcześniejszą, jest twarz barokowo-popowej wróżki. We wczesnych latach dwutysięcznych Emilie grała covery Bacha i Corelliego, tworzyła własne kompozycje inspirowane barokiem i romantyzmem, a później przeszła do pisania delikatnych piosenek spod znaku indie pop. Efekty tych poczynań można dziś odnaleźć na płytach „Enchant”, zbiorowisku b-side’ów „A Bit O’ This&That” i pierwszej płycie z podwójnego wydania „Laced/Unlaced”. Bardzo lubię wracać do tej muzyki: jest w niej coś niezwykle eterycznego i lekkiego. Wprawdzie w produkcji słychać nieco braki budżetu, ale w tym przypadku niczego to nagraniom nie ujmuje, a wręcz dodaje „indie” uroku. Podobnie urocze są teksty piosenek: inspiracje Szekspirem i elżbietańską Anglią mieszają się z codziennymi smutkami i przemyśleniami młodej dziewczyny. Gdybym miała podsumować ten okres jednym zdaniem, to powiedziałabym, że jest to „wróżkowa muzyka coming of age”, która może spodobać się fanom Kate Bush i Tori Amos. Ech, aż mi się robi ciepło na sercu, jak o tym piszę…

Druga twarz Emilie, najbardziej chyba znana, to „wiktoriańska Ofelia”, zdecydowanie bardziej gniewna i mroczniejsza od delikatnej indie elfki. Na albumie „Opheliac” artystka postanowiła rozprawić się z całym gównem, które ją w życiu spotkało: chorobą afektywno-dwubiegunową, konsekwencjami jej (nie)leczenia, bardzo nieprzyjemną historią związkową i przemocą seksualną, która ją dotknęła. Za taką treścią musiała pójść odpowiednia forma: delikatne pianino i akustyczne smyczki poszły w odstawkę, zamiast tego pojawiły się podłączone do mocnego przesteru, elektryczne skrzypce, które dla mnie na zawsze pozostaną ostatecznym narzędziem muzycznego zniszczenia. Na linii perkusji i basu pojawiły się agresywne, industrialne bity wymieszane z… klawesynem? Nie pytajcie mnie jak, ale jakimś cudem to pasuje. Gdzieś w tle pobrzmiewa jeszcze wiolonczela, a nad tym kontrolowanym chaosem unosi się głos Emilie, tym razem w formie krzyku i gardłowego śpiewu. Eteryczność i lekkość przepadły niemal całkowicie: nawet lżejsze kompozycje przepełnione są, mówiąc kolokwialnie, wkurwem. Ból, łzy i podarte koronki.[3]

Zdaję sobie sprawę, że powyższy opis brzmi dość kiczowato, ale jakimś cudem to działało. Moim zdaniem wciąż działa. Ta muzyka jest po prostu ciekawa, nawet jeśli nie wpasuje się w estetykę wszystkich słuchaczy. W czasach największej popularności Emilie (orientacyjnie 2007-2012) dodatkową atrakcję stanowiły też rozbudowane, burleskowo-teatralne koncerty… aczkolwiek już w 2009 roku bardziej to przypominało oniryczne przedstawienia niż muzyczne koncerty… oraz stopniowo rozbudowywany „lore” fandomu. Niestety, wiele z elementów tej performatywnej części twórczości nie zestarzało się zbyt dobrze i dziś nie wyobrażam sobie podobnych koncertów, ale wtedy wszyscy się świetnie bawili. Jeśli was to ciekawi, na YouTube znajduje się cały dwuipółgodzinny koncert z Antwerpii z 2009 roku, nagrany w całkiem przyzwoitej jakości.

Trzecia i jak do tej pory ostatnia twarz artystki skupia się bardziej na snuciu opowieści i pisaniu musicalu niż na samej muzyce. Jak już wspomniałam, wokół muzyki i koncertów Emilie narastała coraz większa otoczka, w czym sama artystka maczała zresztą palce. W końcu postanowiła spisać historię swojego „Asylum for Wawyard Victorian Girls” (po polsku aż się prosi o słowo „przytułek”) w formie książkowej. Książka jest dostępna na Amazonie, ale szczerze mówiąc, odradzam jej szukanie: to nigdy nie była literatura najwyższych lotów, a od czasu pierwszego wydania (2010) przeszła bardzo wiele przeróbek redakcyjnych, które niespecjalnie wyszły jej na dobre. Z jakiegoś powodu Emilie uznała, że ze wszystkich paramuzycznych historii, które wymyśliła – a było ich sporo, zwłaszcza we wróżkowym okresie – to właśnie TA historia jest godna szczegółowego opracowania w różnych formach. Jej opracowywanie trwa już 10 lat i końca nie widać… Rezultatem tej pracy jest między innymi koncepcyjny album „Fight Like A Girl” z 2012 roku, stanowiący niejako demo przyszłego musicalu. Cóż, brzmi jak demo… I to nie w tym uroczym sensie. Owszem, są tam ciekawe kompozycje i całkiem inspirujące momenty, ale jednak sporo z nich wpada w musicalowe klisze z pogranicza „Upiora w Operze” i „Nędzników”, za którymi szczerze mówiąc nie przepadam… Niestety, z tego co się orientuję, dalsze prace nad musicalem (czy kiedykolwiek się skończą?) jeszcze bardziej idą w tę broadwayowską stronę. Nawet wam nie powiem, czy to jest dobra muzyka czy nie, ale wiem, że mnie totalnie to nie kręci. Poza tym, po 10 latach spędzonych z historią „Asylum” jakoś mam jej trochę (bardzo?) dość. Nie wracam do tych kompozycji, a do „Opheliac” i „Enchant” wracam.

Czasami mam wrażenie, że wielu byłych fanów Emilie Autumn się jej trochę wstydzi. Jestem w stanie zrozumieć to uczucie: jej muzyka zawsze balansowała na granicy kiczu, podobnie jak estetyczna otoczka, poziom dramy w fandomie oscyluje gdzieś w okolicach „Doctora Who”, a poza tym nieironiczne emocje w dużych dawkach zawsze wydają się nieco zawstydzające, zwłaszcza z perspektywy czasu. Ja jednak nie będę ukrywać, że jej twórczość miała OGROMNY wpływ na mój gust:. Po pierwsze, wyrwała mnie z rockowo-metalowych schematów, po drugie: na zawsze wpoiło we mnie miłość do dziewczyn grających smutną muzykę. Poza tym bardzo, ale to bardzo lubię intertekstualność w jej piosenkach, dziewczyna miała niezły dryg do tekstów. Można by o nich pisać artykuły naukowe. Zresztą, zauważyłam, że jej twórczość zaczyna wypływa w akademii, co chyba oznacza, że przynajmniej część fandomu wciąż się do niej przyznaje. I chociaż dziś wolę słuchać Marjany Semkiny (która w mojej głowie jest muzyczną siostrą Emilie, tylko dużo dojrzalszą… ale naprawdę, podobieństwa tematów i metafor w twórczości tych dwóch dziewczyn są aż przerażające), czy nawet Lany Del Rey, to jednak Emilie zawsze będzie miała miejsce w moim serduszku. Tak po prostu.

Piosenka ilustrująca wpis nijak nie jest reprezentatywna dla całej twórczości Emilie. Ale jest ładna.

___

[1] Nawet udało mi się odkopać zarchiwizowaną wersję! Obecnie nie brzmi już to tak ciekawie… https://wyborcza.pl/1,76842,7536439,Emilie_Autumn___wiktoriansko_gotycka_Lolita.html
[2] Bardziej chodzi tu dramy oraz względy wizerunkowe i fandomowe niż stricte muzyczne. O tym można by napisać drugi tekst, bo fandom Emilie Autumn Anno Domini 2020 to strasznie dziwne i nawiedzone miejsce, ale nie wiem, czy kogoś prócz mnie i moich psiapsiółów z fandomu by to interesowało…?
[3] Więcej podobnych klimatów można znaleźć na drugim dysku instrumentalnego albumu „Laced/Unlaced” (ach, te skrzypcowe shredy, aaa! Solówki skrzypcowe > solówki gitarowe) i na EP-ce „4 O’Clock”.

Jedna uwaga do wpisu “LET’S TALK ABOUT EMILIE AUTUMN

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s