ROZKMINY: UWAŻNE SŁUCHANIE

[23 stycznia 2020]

Na pierwszych zajęciach z kinematografii amerykańskiej cała grupa otrzymała czterostronicowy konspekt. Oprócz listy filmów, wyjątkowo kreatywnych i szczegółowych zasad zajęć, czy warunków zaliczenia, konspekt ten zawierał również sekcję JAK OGLĄDAĆ FILMY NA ZAJĘCIA. Wśród wskazówek oglądania znajdowały się różne rzeczy: dość oczywiste oczywiste (zakaz używania smartfonów), nieco mniej oczywiste – „jak już piracicie filmy, to w 1080p, miejcie trochę szacunku dla siebie” – a także takie, na które sama bym raczej nie wpadła. Nie wiem, co było bardziej uderzające: „filmy są przeznaczone, by je oglądać w ciemności i w samotności”, czy też „jeśli film ci się nie podobał, obejrzyj go jeszcze raz…”. W sumie znam już prowadzącego na tyle, że żadna z tych zasad mnie nie zszokowała, ale jednak na pierwszy rzut oka te sformułowania wydają się dość nietypowe. Najbardziej nietypowy był jednak sam fakt, że prowadzący uznał za niezbędne napisać taki przewodnik oglądania.

Czy faktycznie studenci muszą się uczyć, jak oglądać filmy? Z jednej strony ciężko sobie wyobrazić, że można oglądać coś źle, z drugiej jednak… Faktycznie, gdy stosuję się do tych wskazówek, ogląda mi się lepiej. Mam wtedy wrażenie, że naprawdę film OGLĄDAM, a nie tylko widzę go kątem oka. Ta obserwacja skłoniła mnie zaś do refleksji: jak to jest z muzyką? Czy słuchać też należy w określony sposób? Czy słuchanie w inny sposób pozbawia muzykę wartości? A co z tak zwanym tłem: piosenkami w kawiarniach, restauracjach, sklepach, i tak dalej? Nie będę udawać, że znam uniwersalną receptę na dobre słuchanie. Niemniej jednak zauważyłam, że – po części samoistnie, po części dzięki inspiracji uniwersyteckiej – wypracowałam sobie ostatnio dość konkretny sposób konsumowania treści muzycznych. Na swoje potrzeby nazywam to sobie UWAŻNYM SŁUCHANIEM. Brzmi to bardzo dumnie i kołczingowo, ale zupełnie nie w tym rzecz.

Sprowadza się to do praktyki, która wynika z pewnej osobistej preferencji: ja naprawdę lubię wracać do tekstów kultury. Nie jest to dla mnie nudne, wręcz przeciwnie – dzięki tym powrotom odkrywam w nich nowe aspekty, znaczenia i elementy, które z jakiegoś powodu mi wcześniej umknęły. Mogę to porównać do oglądania oszlifowanego diamentu z wieloma fasetkami, które z różnych perspektyw odbijają światło w różny sposób, dzięki czemu kamień co chwilę wygląda inaczej. Poniekąd moje podejście rezonuje z tym zaproponowanym przez prowadzącego od filmów. „Jeśli film ci się nie podobał, obejrzyj go jeszcze raz…”. Nie zawsze się do tego stosuję (NIC mnie nie zmusi do ponownego obejrzenia Inland Empire. NIC), ale chodzi o ducha zasady. Samo „zaliczenie tekstu” nie zawsze wystarcza, a powrót potrafi dać nową perspektywę. A nie mówię tu nawet o ty, że humanistyka daje mi różne zestawy okularów do oglądania tych diamentów… czy też rozumienia tekstów. A im dłużej sobie hasam po ścieżkach wiedzy humanistycznej, tym mam więcej zestawów, przez które mogę oglądać rzeczy…

Chyba już możecie się domyślić, do czego zmierzam 🙂 Mówiąc wprost: dla mnie przesłuchanie piosenki czy też albumu raz to jest zdecydowanie za mało, by cokolwiek o tej piosence/tym albumie myśleć. Jedno przesłuchanie może co najwyżej dostarczyć powierzchownych wrażeń. Coś w stylu „podobało mi się, ale bez szału”, „nie czuję tego fenomenu”, „o matko, fałsz”, albo „zajebiste, chcę więcej”. A te powierzchowne wrażenia – przynajmniej w moim przypadku – nie zawsze potwierdzają się przy dalszych przesłuchaniach. Nic dziwnego, że przy zakładaniu tego bloga olałam pomysł pisania „bieżących recenzji”, zanim jeszcze zdążyłam go świadomie przeanalizować. Miałabym pisać tekst po jednym przesłuchaniu albumu, żeby być na bieżąco? Miesiąc później wstydziłabym się tego, co w takim tekście napisałam, bo już bym zdążyła zmienić zdanie xD Ogólnie wolę słuchać mniej, ale bardziej w głąb: przynajmniej do momentu, aż będę pewna własnej opinii na temat danego tekstu muzycznego. A potem jeszcze zostaje mi „analyzing the shit out of it”.

Nie zrozumcie mnie źle: nie sądzę, by bycie na bieżąco było złe czy płytkie. Bardzo szanuję ludzi, którzy orientują się w nowościach, trendach, mają szeroką wiedzę na dany temat i tak dalej. To wymaga ogromu pracy i zaangażowania, a ja zawsze cenię takie rzeczy. Z drugiej strony jednak czasem sobie gadam z ludźmi z zaprzyjaźnionych fanpejów i w tych rozmowach często przewija się wątek wypalenia. „Muzyka mnie już nie cieszy”, „jestem zmęczony nowościami”, „bycie na bieżąco to obowiązek”, tego typu klimaty. Trochę mnie to przeraża… tym bardziej, że znam ten ból z innych dziedzin popkultury (kto nie ma dosyć filmów superbohaterskich, niech rzuci kamieniem!). Mam jednak poczucie, że moje ślimacze tempo odnajdywania się w muzycznych trendach osłania mnie przed takim wypaleniem. A jeśli nowe rzeczy mi się znudzą, to zawsze można wrócić do analizy perkusji i solówek w Hakenie. [Dygresja: po części chyba dlatego tak lubię proga: ten gatunek polega na tym, że jest w nim milion składowych, które można baaaardzo długo analizować]. Dlatego też pomyślałam, że może warto zacząć rozmowę o tym, jak słuchamy muzyki. Może dzięki takiej rozmowie wymyślimy, jak można uchronić się przed sytuacją, w której hobby zamienia się w obowiązek. Albo zaczerpniemy od siebie nawzajem inspiracje do lepszego, bardziej nam sprzyjającego przeżywania świata.

Co wy na to? Podzielicie się tym, jak wy słuchacie?

PS. Jako ilustrację wklejam kawałek, którego słuchanie i analizowanie nie znudziło mi się od trzech lat 😀 Zawsze jest coś nowego. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s