RAPORT Z PRZESŁUCHANIA: Kim Gordon „No Home Record” (2019)

[12 stycznia 2020]

Dawno, dawno temu (w 1981 roku) powstał pewien zespół. Było w nim kilku chłopaków i jedna dziewczyna. Zespół stał się rozpoznawalny, potem znany, potem kultowy. A potem, po trzydziestu latach działalności, zespół się rozpadł. Wszystkim było bardzo smutno. To jednak nie powstrzymało dziewczyny – ani chłopaków – przed graniem. Smok rozpadu zespołu nie zwyciężył, a księżniczka i rycerze wciąż żyją i tworzą, na przekór przeciwieństwom losu.

Ten zespół to Sonic Youth, a dziewczyna to Kim Gordon.

Jestem w olbrzymim szoku, że o solowym debiucie Kim*, „No Home Record” dowiedziałam się dopiero poprzez googlowanie różnych rzeczy związanych z autobiografią Kim, „Dziewczyna w zespole” (bardzo fajna lektura, polecam). Wprawdzie nie śledzę jakoś pilnie muzycznych niusów, ale jednak… żeby tak w ogóle nic? Muszę poważnie rozważyć powrót do śledzenia niusów* ^_^ No ale cóż, późno bądź nie, bardzo się cieszę, że na ten album natrafiłam. Brakowało mi go do tej pory.

Od pierwszego utworu (załączony poniżej „Sketch Artist”) artystka określa klimat i rytm albumu. Rytmiczno-basowa sekcja elektroniczna, w której równie ważną rolę grają dźwięki, co przedzielające je pauzy, nasuwają mi skojarzenia z moją ukochaną „Biophilią”. W przeciwieństwie jednak do Bjork Kim używa niższych dźwięków, przez co utwór brzmi zdecydowanie mrocznie. Wrażenie to tylko potęguje przydymiona melorecytacja Gordon. Co ciekawe, chyba wolę jej obecny wokal niż ten z czasów Sonic Youth. Jest bardziej… uwodzicielski. I zdecydowanie bardziej pewny siebie.

Pewność siebie i „zadymiony” mrok to dwie cechy nadające ton całej płycie. Znajdują się na niej różne utwory: przypominające singiel elektroniczne miniaturki, post-punkowe gitarowe piosenki, a także sięgające do no wave’u hipnotyczne bangiery. Wszystkie jednak są utrzymane w określonym zakresie częstotliwości (niskie) i barw (ciepłe) co nadaje albumowi spójny charakter. Czuć w tej muzyce precyzję, świadomość i zamysł, które chyba są osiągalne tylko po wielu latach spędzonych na tworzeniu muzyki. Nie ma tu błędów ani przypadków. Nie jest to jednak mechaniczna precyzja, która odstraszałaby słuchaczy. Wręcz przeciwnie: w brzmieniu „No Home Record” kryje się duża dawka magnetycznej energii, płynącej prosto z charyzmy i energii artystki.

Jeśli zaś chodzi o wokal i teksty… Niełatwo jest opisywać coś, co operuje na tak wysokich poziomach abstrakcji. Sekcja „wokalno-liryczna” jest poszarpana, hasłowa, wyraźnie stworzona w poetyce onirycznych impresji, a czasem wręcz improwizacji (tak przynajmniej podejrzewam). Na pewno przewijają się tu wątki autobiograficzne; sytuacja stojąca za utworem „AirBnB” została już przez Kim opisana w „Dziewczynie z zespołu”. W niektórych wersach widać też odbicie lęków współczesności. Przykładowo w „Get Yr Life Back” Gordon śpiewa o kapitalizmie i Twitterze. Ale przyznam szczerze: w tej chwili większość z tych utworów wymyka się jednoznacznej analizie. Nie szkodzi, ta tajemniczość i fragmentaryczność jest ciekawa. Zaprasza do wypełniania słów własnymi przemyśleniami.

Na przykład można sobie pomyśleć coś takiego: niektóre z tekstów kojarzą mi się ze wczesnymi utworami Swans. Są podobnie ułożone, kierowane podobnymi napięciami i podobną rytmiką. Najbardziej słychać to podobieństwo w piosence „Cookie Butter”. Ale podczas gdy w tekstach Giry powtarzane frazy sprawiają, ze człowiek ma ochotę wejść pod prysznic i czyścić duszę przez tydzień, recytacje Gordon wzbudzają raczej poczucie „empowerment”. Przyznam, że takie „przejęcie” poetyki Swans sprawia mi nieziemską satysfakcję, tym większą, że w wielu wczesnych tekstach Gira upokarzał siebie i metaforyczne kobiety, do których się zwracał, a utwory Kim zdają się mówić „cokolwiek zrobisz i powiesz [ty, osobo, do której się zwracam w tym tekście], ja to przetrwam”. Bardzo oczyszczające. ❤

Gdybym miała sięgnąć do metafor, powiedziałabym, że przypominają mi gorzką czekoladę, albo kawę. Coś gorzko-pysznego. Mogłabym też sięgnąć do porównań i określić „No Home Record” jako mieszankę Bjork i Swans. Ale żadne z tych określeń mnie do końca nie satysfakcjonuje. Porównania tak naprawdę nie mają sensu, cały bowiem album jest zdominowany przez osobowość Kim, wymykającą się szufladkom i porównaniom. Metafory z kolei mają to do siebie, że są okropnie osobiste i nie zawsze przekazują to, co ich autor chciałby przekazać. Na zakończenie powiem więc tylko tyle: zapraszam was do przesłuchania „No Home Record” i wyrobienia sobie własnych skojarzeń. Nie sądzę, byście żałowali poświęconego na ten album czasu.

_____
*To jedno z głównych pytań kultury Internetu: czy śledzić wieści we wszystkich dziedzinach, które cię interesują i popadać w obłęd nadrabiania zaległości, czy też wybrać życie na wpół odizolowanego porostu i łapać to, co się nawinie „z wiatrem”? Nie ukrywam, że lubię być porostem, ale z drugiej strony gdzieś tam mnie podgryza słynne FOMO (czasem w postaci własnych myśli, czasem w postaci innych ludzi >_<). Jak wy sobie radzicie z zarządzaniem informacjami i ogólnym życiem-w-Internecie?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s