ROZKMINY: ZA DUŻO SŁÓW W MUZYCE?

[15 listopada 2019]

Jeśli wykrojenie dla siebie zakątka w sferze „fanpejów niezalu” (fanpej: tak, niezal: if you say so) ma jakiekolwiek zalety, to jedną z nich na pewno jest związana z tym mobilizacja do słuchania nowości. Ostatnio przeczytałam, że w okolicy trzydziestki ludzie przestają śledzić muzyczne nowości, a ja niebezpiecznie się zbliżam do tej granicy, więc ćwiczenia mentalnych mięśni słuchacza na pewno mi się przydadzą.

Tak więc słucham sobie nowości. Staram się też sięgać poza muzyczny odpowiednik ciepłego łóżka. Ale chyba nie bardzo mi wychodzi, bo kilka ostatnio przesłuchanych nowości robi na mnie upiornie podobne wrażenie.
Konkretnie chodzi o:
– Amanda Palmer „There Will Be No Intermission”
– Swans „leaving meaning.”
– Nick Cave „Ghosteen”

Żadna z tych płyt mi się jakoś specjalnie nie spodobała. Tu od razu muszę zaznaczyć, zanim usłyszę krzyk oburzenia: nie mówię, że te płyty są złe czy nudne. Wręcz przeciwnie, artystycznie naprawdę jest co doceniać, intelektualnie jest co analizować. Wiem też z recenzji i reakcji innych, że ludzie znajdują w tych albumach dużo do przeżywania. Ale ja jakoś… nie. I tak się zastanawiałam, o co tu może chodzić. Skąd ten martwiący brak reakcji. Aż w końcu dojrzałam potencjalne wyjaśnienie.

Wspólnym czynnikiem tych trzech albumów jest, według mnie, podporządkowanie muzycznej formy przekazowi lirycznemu. Innymi słowy, w tych piosenkach teksty zdecydowanie dominują nad dźwiękiem.

Doszłam do wniosku, że niekoniecznie mi się to na obecnym etapie podoba.

To zabawne, bo jako nastolatka mówiłam – jak chyba każdy nastoletni, zadufany w sobie fan jedynej słusznej muzyki czyli rocka – że teksty i przesłanie są absolutnie najważniejsze, a forma muzyczna w zasadzie się nie liczy. Te dumne sformułowania nie przeszkadzały mi w kiwaniu głową do piosenek, w których słowo „fuck” powtarza się (dosłownie) 89 razy, ale cóż, ludzie są istotami pełnymi paradoksów i sprzeczności 

Teraz jednak mam lat trochę więcej niż naście i nagle odkrywam, że jednak melodia jest dla mnie ważna. Nie tylko bez odpowiedniej melodii nie ruszy mnie tekst, ale wręcz czuję brak, kiedy jest jej w moim odczuciu ZA mało. Polubiłam się z długimi fragmentami instrumentalnymi, coraz częściej zwracam uwagę na perkusję albo bas zamiast wokalu, a czasem wręcz brakuje mi wyraźnego refrenu. To nie znaczy, że jestem jakaś lepsza czy bardziej oryginalna w rozumieniu muzyki, bogowie brońcie. Nie chcę też, by ten tekst zabrzmiał jak „dzisiejsza muzyka jest gorsza, bo ma więcej słów” (jeżu, jak to brzmi w ogóle xD). Po prostu, lubię ostatnio zostawać sam na sam ze swoją głową i wczuwać się w ulotne, niemal niesłyszalne znaczenia dźwięków. Taka zajawka.

Jeszcze parę lat i polubię saksofon. To będzie ostateczna oznaka dorosłości, potem zostanie mi już tylko nowoczesny jazz.

Żarty na bok. W zasadzie nie mam konkretnych wniosków, dlaczego tak odbieram te płyty. Ba, nawet nie wiem, czy mój odbiór jest w jakimkolwiek stopniu uniwersalny. Ale zakładając, że jest… Zostaje mi w głowie pytanie, dlaczego nagle mam wrażenie, że coraz więcej muzyki jest zawłaszczane przez tekst?

Nieśmiało sformułowałam BARDZO ROBOCZĄ hipotezę, która głosi, że popularność hip hopów i rapów na świecie nie pozostaje bez wpływu nawet na świat gitarowo-alternatywny. I o ile jeszcze nie potrafię sobie wyobrazić rapującej Amandy lub Giry, to jednak jestem ciekawa, czy ten zwrot w muzykę „narracyjną” nie wziął się przypadkiem z podłapania jakiegoś ducha czasów. Mam pewne podejrzenie, że sporo ludzi bardziej poszukują muzycznych „ludzi do pogadania z” niż oszałamiających technicznymi fajerwerkami gwiazd z innej galaktyki. Takich jak Amanda, albo Nick Cave. Podobną intuicję, aczkolwiek wywodzącą się z innych przesłanek wyraziła kiedyś Krytyka Holistyczna w tekście: https://musicnow.pl/felietony/w-poszukiwaniu-zaginionego-brokatu/

Mam też drugą roboczą hipotezę: może forma opowiadania własnych przeżyć to pewnego rodzaju odpowiedź na współczesny lęk przed samotnością? Uczucie osamotnienia, jak wskazują badania, jest jednym z najbardziej dominujących uczuć w krajach rozwiniętych. Podejrzewam, że muzyczne formy narracyjne bardziej pomagają w radzeniu sobie z tym uczuciem niż muzyka instrumentalna. Słuchając takich form nie czujemy się sami. Towarzyszy nam znany głos, który opowiada o swoich problemach i dziwnych przemyśleniach. Takie rzeczy niekoniecznie dobrze brzmią w zwykłej rozmowie, ale w formie muzyki przejdą łatwiej.

Czy coś w tym stylu.

Zamiast budować konkluzje i stawiać kropki nad i wolę się was zapytać, jak wy czujecie muzykę? Bardziej dźwiękowo, bardziej tekstowo? Dlaczego poruszyło was Ghosteen? Chętnie poczytam wasze komentarze i przemyślenia. Tu nie ma osądzania, kto odczuwa lepiej a kto gorzej, jest tylko celebrowanie różnic 

A na ilustrację posta wybrałam piosenkę, która jest narracyjna, ale dla mnie wciąż brzmi jak piosenka (bardzo arbitralny osąd, wiem).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s