ROZKMINY: BUT MOM, CRITICAL THINKING IS HARD

[9 października 2019]

Jak ja bym chciała żyć w świecie, w którym nie miesza się porządków “lubię/nie lubię” z “dobre/niedobre”.
Albo inaczej. Jestem fanką myślenia krytycznego, analizowania rzeczy, doszukiwania się znaczeń. Nie twierdzę, że jestem w tym mistrzem, ale po prostu to lubię. Mało tego, uważam, że dzieła kultury są po części zwierciadłem społeczeństwa, a po części naczyniem nadającym mu pewne ramy.
Z drugiej strony lubię też zachwycać się dziełami kultury, czuć prostą radość z dzielenia afektu z postaciami/muzykami/współfanami. Albo po prostu poczuć „jakie to jest ładne”.
Oba sposoby korzystania z kultury: ten krytyczny i ten „naiwny” (afektywno/estetyczny) są według mnie potrzebne, więc nie zrozumcie moich narzekań źle…
Ale kurde, gdybyśmy tylko mogli jakoś wszyscy przyjąć, że to są dwie. Różne. Rzeczy.

Wydaje mi się, że odbiorcy literatury najczęściej i najlepiej widzą tę granicę. Na pewno duży wpływ na to mają lata szkoły. System edukacji, z mniejszym lub większym powodzeniem, wciska nam narzędzia do czytania, począwszy od takich podstaw jak alfabet, aż do czytania ze zrozumieniem i do podstawowych narzędzi krytycznych: znajomość historii, konteksty, pojęcie archetypu… Te narzędzia można potem rozbudować na studiach humanistycznych, lub w mniejszym stopniu poprzez samodzielną pracę z tekstami krytycznymi. Jednak nawet jeśli ktoś nie zdecyduje się na rozbudowę swojego „zestawu małego literata”, w teorii ma jakieś podstawy do skoczenia w świat książek, jeśli tylko poczuje taką potrzebę.
Nieco gorzej wygląda sprawa z filmami czy też serialami… Zwłaszcza, że sama konstrukcja kamery niejako wtłacza widza w pewien określony punkt widzenia. Wyjście z tego punktu widzenia wymaga – przynajmniej ja mam takie wrażenie – nieco większego wysiłku. Nie każdemu chce się ten wysiłek wkładać, co widać w dyskusjach w szeroko pojętym Internecie (kto z was był na Jokerze?). No ale to nie oznacza, że się nie da.
A muzyka? Przy muzyce w 90% przypadków myślenie krytyczne idzie się… przejechać na Bahamy.

I wcale tutaj nie twierdzę, że jestem jakoś na to odporna. Wręcz przeciwnie: za każdym razem, gdy chcę opisać coś, co nie jest czystym zachwytem/czystą odrazą muzyczną, wyłażę przy tym ze skóry.
Po części wynika to chyba z tego, że edukacja muzyczna w ramach standardowego szkolnictwa leży i kwiczy. Przez to pisząc o muzyce czuję się jak pięciolatka, która nagle musi mówić w obcym języku. Brak mi słów, brak mi narzędzi do opisania tego, co słyszę. To, że od czasu do czasu napiszę coś na fanpejdżu, co ma ręce i nogi, to efekt uboczny wysiłku włożonego w pracę magisterską. Myślałam, że pisanie o muzyce będzie fajne… I jest, ale w międzyczasie musiałam sobie wytworzyć nowy aparat poznawczy. Nad którym zresztą wciąż w pocie czoła pracuję.
Ale nawet pomijając kwestię „nie wiem, jak się wysłowić”, nawet jeśli spróbuję maksymalnie odciąć się od subiektywnych wrażeń przy pisaniu… Wróć, tutaj się nie odcinam od subiektywnych wrażeń, wystarczy, że muszę to robić w magistrze. Ale zawsze staram się zaznaczyć, co jest moim wrażeniem i preferencją, a co wydaje mi się uniwersalnym spostrzeżeniem. A w przypadku muzyki jest to trudne i kontrintuicyjne, zarówno dla mnie, jak i dla większości odbiorców. O ile mogę to ocenić po swojej obserwacji, oczywiście, wiadomo, że takie obserwacje nie oddają rzeczywistości w stu procentach. Ale jednak coś jest na rzeczy, że muzykę ciężko oddzielić od emocji, czy też wręcz od afektu.
W każdym razie, nawet jeśli próbuję jakoś przestawiać swoje zdanie bez uprzedzeń, to nie znaczy, że zawsze mi się uda. Bo jest to cholernie trudne. A zdarza się też jest tak, że co bym nie powiedziała, odbiorca może zinterpretować mój komunikat w niezamierzony przeze mnie sposób, co prowadzi do niekoniecznie miłych dyskusji, złości i urażonych uczuć po obu stronach i ogólnej atmosfery przykrości*.

Zastanawiam się, czy gdyby edukacja muzyczna była uznawana za coś ważnego, to czy rozmawiałoby się o muzyce łatwiej? Czy to jest kwestia konwencji, pewnego protokołu odczytywania muzyki, który ułatwiałby ludziom porozumienie, tak jak edukacja literacka umożliwia rozmowę o książkach? Bardzo bym chciała taką konwencję wypracować.

___
*Jeśli czyta to ktoś z moich znajomych, kto w przeszłości wdał się ze mną w jakąś kulturową „kłótnię”, to potraktujcie ten tekst jako bardzo kulawe przeprosiny 

~~~~
Piosenka raczej niepowiązana z tekstem, ale odsuwając wszystkie analizy na bok: jest ładna i ją lubię. Jeszcze będę tu analizować twórczość tego zespołu, nie raz i nie dwa. <stężenie fangirlizmu rośnie>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s